• Wpisów:770
  • Średnio co: 2 dni
  • Ostatni wpis:2 lata temu, 16:32
  • Licznik odwiedzin:48 239 / 2049 dni
Jesteś niezalogowany. Niektóre wpisy dostępne są tylko dla znajomych.
 
mnie, myśląc, że ten gest był oznaką protestu. Uśmiechnęłam się, choć mógł tego nie zauważyć i tym razem to ja rozpoczęłam penetracje jego ust. Nasze języki przyjemnie ocierały się o siebie.
Ta bliskość. To było coś czego potrzebowałam. Ta chwila dawała mi więcej szczęścia niż można byłoby to sobie wyobrazić. Nie chciałam, aby to się skończyło. Ten moment… Jakby on trwał wiecznie! Nie chcę go puszczać, nie chcę przestawać go całować, ani dotykać, nie chcę otwierać oczu… Bo gdy to zrobię, on może zniknąć. Może się to okazać zwykłym snem. To by mnie zabiło.
Nagle jego zimna dłoń znalazła się pod moją koszulką i posuwała się dalej w górę w stronę stanika. Spanikowałam.
- Louis, nie – jęknęłam. Tak, chcę go, chcę, aby był mój, ale nie jestem gotowa na taki krok. Tym bardziej, że on nie jest jeszcze do końca mój. Nie mogę zrobić czegoś, czego mogę później żałować.
- Nie martw się. Nie zamierzam dziś posuwać się dalej. Poczekam na ciebie, ale ty też musisz poczekać na mnie – powiedział gładząc mnie po policzku. Poczułam, jak łzy wypływają z moich oczu. Louis zbliżył twarz jeszcze bardziej do mojej i swoim ciepłym, szorstkim język zlizał słoną wodę. – Nie płacz, proszę. Przepraszam, że cię ranię – wyszeptał składając długi pocałunek na moim czole.
- Boję się – wychrypiałam. Nagła dawka tych wszystkich emocji i uczuć sprawiła, że nie mogłam złapać normalnego oddechu, a co dopiero coś z siebie wydusić.
- Czego, maleńka? – zadrżałam, gdy usłyszałam to określenie. W jego ustach brzmi, jak coś, co chce chronić, coś niezwykle kruchego i delikatnego. Normalnie wściekłabym się, za to, że ktoś mnie tak nazwał, ale on… On sprawiał, że moje kolana miękły, słowa grzęzły w gardle, a z mózgu robiła się papka, która nie była zdolna myśleć. W jego ramionach czuję się jeszcze mniejsza, słabsza… Pozwalałam sobie na to. Tego potrzebowałam. Potrzebowałam kogoś, przy kim mogę skurczyć się jeszcze bardziej i zamknąć na wszystko, aby mógł mnie ochronić. Jestem tylko słabym człowiekiem. Człowiekiem, który potrzebuje odrobiny ciepła i miłości, aby móc się odciąć od szarości tego świata.
- Boję się, że zaraz znikniesz. Że to tylko kolejny sen. Nie chcę tego. Nie chcę cię stracić. Kocham cię, Louis – załkałam i wtuliłam się w chłopaka. Schowałam głowę w jego szyi i mocno oplotłam go ramionami. Ściskałam go najmocniej, jak potrafiłam. Bałam się, że jeśli choć trochę rozluźnię uścisk on zniknie.
- Nigdzie się nie wybieram – pogłaskał mnie czule po włosach dając znak, że tu jest. – Kocham cię – w jego głosie usłyszałam taką pewność, że musiałam mu uwierzyć. A raczej… Chciałam w to wierzyć. Odsunęłam się od niego i chwyciłam w dłonie jego twarz, aby przybliżyć ją do siebie i wpić w jego wargi. Niech ta chwila się nie kończy. Błagam…

Otworzyłam oczy i kilka razy zamrugałam, aby wyostrzyć sobie obraz. Byłam w swoim pokoju, w swoim łóżku. Nie… To był sen?!
- Cholera! – wrzasnęłam podnosząc się do pozycji siedzącej. Już miałam chwycić coś, aby tym rzucić, ale poczułam czyjąś dłoń, która wolno przejechała wzdłuż mojego kręgosłupa, wywołując w moim ciele dreszcze.
- Czemu tak krzyczysz? Stało się coś? – zapytał Louis zachrypniętym głosem, który wydał mi się niezwykle seksowny.
Powoli odwróciłam głowę w tył, aby na niego spojrzeć. Światło księżyca wpadało do pokoju przez okno i oświetliło jego postać. Był bez koszulki, dzięki czemu mogłam zobaczyć jego ciało, któremu trudno się oprzeć.
- Roberta, co jest? – podniósł się i usiadł za mną, tak, że znajdowałam się pomiędzy jego nogami. Objął mnie w pasie i przysunął do siebie. Wypuściłam powietrze, które, jak się okazało, wstrzymywałam, gdy tylko moje plecy dotknęły jego klatki piersiowej. Oboje byliśmy tylko w bieliźnie. – Nic nie zrobiliśmy, jeśli o to ci chodzi – w jego głosie słyszałam obawę i strach. Uśmiechnęłam się tylko i złożyłam na jego ustach delikatny pocałunek.
- Myślałam, że to wszystko mi się śniło – zaśmiałam się cicho.
- Jestem tu – pocałował mnie w skroń. – Jest piąta nad ranem. Może wrócimy do spania, co? – zapytał, po czym ziewnął.
- Tylko mnie nie puszczaj – wyszeptałam kładąc się z powrotem. Louis zaśmiał się okrywając nas kołdrą. Objął mnie w talii i splątał nasze nogi. Poczułam jego ciepły oddech tuż przy uchu.
- Nie zamierzam. Jesteś moja – wyszeptał, a ja z wielkim uśmiechem na twarzy zasnęłam u boku mężczyzny, którego kocham. Tylko ciekawe, kiedy ja będę mogła szczerze i bez wyrzutów sumienia powiedzieć, że jest mój.

-----------------------------

Hah... i po długim wyczekiwaniu wreszcie jest!! Bardzo was przepraszam za to, że musieliście tyle czekać i za chłam jaki wam podaję
Ale <tamtararam!> właśnie rozpoczyna się główna akcja!! Pewnie właśnie na to czekaliście i ja wam to daję!! Mam nadzieję, że się cieszycie Bo ja bardzo
A teraz małe objaśnienie...
Gdy Luke mówi, że wie, co Rob zrobiła, chodziło mi o samookaleczanie. Roberta starała się to ukrywać, ale Luke nie da się wpuścić w maliny, jak to mówią Może wam się wydać, że coś między nimi jest, ale nie miałam w planach Julie jako suki, a tym bardziej Luke&Roberta, więc... Ale jeśli bardzo chcecie to mogę napisać jakiś one shot o nich korci mnie Jeśli ktoś chce to niech napisze w komentarzu, że tak i jakąś tematykę (chodzi o to, czy ma byś ostro czy przesłodzone, a może morderstwo, co chcecie ) Oczywiście nie na tym blogu, bo nie chcę mieszać Będzie to na moim drugim blogu na pingerze przeznaczonym do one shotów i krótkich opowiadań itp. Ale to zależy od was
http://sayorinekomori.pinger.pl/

Tak, tak, tak... Zanudzam
Nie mam pojęcia kiedy następny rozdział. Przewiduję w ferie (moje zaczynają się 2. lutego) ale to NIE jest pewne
Liceum ssie i jak istnieje życie po śmierci to Platon i Arystoteles mają ode mnie porządny wpierdol, bo zachciało im się szkoły zakładać
Uczę się po nocach i mało śpię, a ja jeszcze rosnę!! Mam 153cm... miałam mieć 160 i co?? Gówno!!
Ale to już serio koniec, więc sayonara, oyasuminasai [do widzenia, dobranoc]
P.S. Szczerze, to rozdział miał być w sobotę, ale gdy już miałam opublikować wyłączyli mi prąd, a później pochłonęła mnie nauka
 

 
Dni mijały wolno, a ja nie potrafiłam uśmiechnąć się szczerze. Nie potrafię zapomnieć. Codziennie wstawałam z kacem, wyglądając, jak żywy trup. Bez nadziei na lepsze jutro. Przekrwione i zapuchnięte oczy były powodem wielu pytań. Zbywałam je odpowiedzią, że mam problemy ze snem. Brud, wstyd, poczucie winy, strach... Nie ma miejsca dla dobrych emocji. Najciężej jest udawać przed nimi. Nie zauważyli braku alkoholu, bo przed ich przyjazdem zapełniłam barek. Niedługo jadą w trasę po całej Europie. Znów będę sama. Pogrążona we własnych smutkach, wypominając sobie własną głupotę. Jestem żałosna...
Piosenka „Warrior” zrobiła furorę. Mimo że cieszą mnie wszystkie pozytywne opinie to jakoś do tej sprawiają mi ból. Nie mogę ich winić, przecież nie znają prawdy. Uważają, że to świetny tekst, muzyka jest idealna, wzruszająca historia walki ze sobą. Ze swoimi problemami. Jednak nie zaprzeczam, że hejty, a zwłaszcza jeden, sprawił, że jeszcze bardziej się zdołowałam.
„Ty niby jesteś wojowniczką? Proszę cię! Mieszkasz z One Direction, masz wszystko co chcesz i jeszcze śmiesz narzekać?! Żal mi ciebie! Jesteś po prostu rozpuszczoną suką, która wykorzystuje moich chłopców!! Wciskasz wszystkim kit, ale nie myśl, że ja dam się nabrać. Nie jestem taka naiwna i nie myśl sobie, że tylko ja tak uważam. Przez takie dziwki jak ty nasz fandom się dzieli! Jeśli nie wiesz kim jesteś to z przyjemnością ci powiem... Jesteś zwykłą szmatą, która nie ma za grosz uczuć. Zimna pizda, której zależy tylko na kasie i sławie. Ale kiedyś zostaniesz sama. Umrzesz klnąc na własne zasrane życie, ale nikt ci wtedy nie pomoże... Nie wyciągnie do ciebie dłoni. Albo wiesz co... Po co czekać? Takie kurwy powinny umierać od razu po narodzinach. Nie byłoby żadnego problemu, nikt by po tobie nie płakał wierz mi. Współczuję twoim rodzicom. Pewnie żałują, że nie wyrzucili cię na śmietnik. Pasowałabyś tam, bo jesteś zwykłym śmieciem. Nic nie wartym odpadkiem, które trzeba usuwać. A jeżeli stało się coś, przez co napisałam tą piosenkę, to ci się należało"
Nie ruszyło by mnie to, gdyby nie wątek o moich rodzicach. Bolało, bo to była prawda. Już dawno to wiedziałam, ale gdy ktoś inny mi to wypomniał poczułam się, jakby rozpędzony pociąg uderzył prosto we mnie. Kiedy ludzie uświadamiają sobie coś bolesnego, to też się tak czują?

Staję pod szafką, w której trzymam swoje rzeczy i czekam na Lucasa. Od czasu tego incydentu podwozi mnie do domu.
„Mam po drodze, więc to żaden problem”. Mimo że tak powiedział, nie wierzę mu, ale jest pierwszym facetem, któremu nie bałam się zaufać od tamtego czasu.
Wreszcie pojawił się na korytarzu, ale razem z Julie uczepioną do jego ramienia.
- Mogłeś powiedzieć, to nie czekałabym na próżno – prychnęłam krzyżując ręce. Siliłam się na jakiekolwiek żarty, aby stworzyć jakiś pozór jest-jak-było.
- Nie ma mowy. Nie pozwolę ci na to – powiedział to w pełną powagą. Julie spojrzała to na mnie, to na niego i znów na mnie, ale tym razem poczułam tą nienawiść.
„Pff... Nie przejmuj się nią. Widać, że jest zadufaną w sobie laleczką, która chce mieć wszystko i wszystkich dla siebie”
"Ona tylko pilnuje swojego terytorium" westchnęłam.
- Czemu ją codziennie podwozisz? Co? Sama nie da rady dojść do domu czy jak? - zapytała Julie wpatrując się intensywnie w Lucasa.
- Julie, nie zrozumiesz tego - odparł wyrywając się z jej uścisku i podszedł do swojej szafki, aby wyjąć rzeczy.
- Czemu od razu sugerujesz, że nie zrozumiem? – spytała z oburzeniem.
- Bo te sprawy nie dotyczą ciebie – warknął. To zastanawiające… Wcześniej byłam pewna, że on coś do niej czuje, a teraz? Patrzy na nią z politowaniem i pogardą.
- Dobra, kurwa! Pieprzcie się oboje! – krzyknęła. Wzięła swoje rzeczy, trzasnęła drzwiczkami szafki i wyszła. Luke tylko prychnął i łapiąc mnie w talii wyprowadził z budynku.
- Przepraszam za nią – westchnął.
- Broni tego, co jest jej – odparłam.
- Nie jestem jej własnością i nigdy nie będę. Zapalimy? – zapytał wyciągając z kieszeni skórzanej kurtki paczkę papierosów.
- Jasne – z lekkim uśmiechem wyjęłam papierosa z opakowania i włożyłam do ust. Lucas podpalił końcówkę ozdabianą zapalniczką i to samo zrobił ze swoim papierosem. – Od kiedy palisz? – spytałam wydmuchując dym.
- Od jakiegoś tygodnia. To mnie uspokaja – odparł.
- Ja cię nie rozumiem – zaciągnęłam się dymem i wstrzymałam oddech, aby trujące opary przez chwilę rozchodziły się po moich drogach oddechowych. Powoli wypuściłam dym czując się pusta.
- To znaczy? – Luke z papierosem wyglądał naprawdę pociągająco.
- Myślałam, że coś czujesz do Julie, a dziś to bardziej pogarda – wzruszyłam ramionami.
- Na początku tak myślałem, ale ona traktowała mnie, jak swoją własność, a nawet ze sobą nie byliśmy. Ciągle o ciebie wypytywała i była zazdrosna. Cholera ile ona ma lat? Zachowuje się, jak…
- Rozpieszczona gówniara z dobrego domu? – dokończyłam za niego.
- Właśnie – zaciągnął się i wypuścił dym prosto w niebo. – Ja nie chcę tak żyć. Ona bardzo przypomina Franccescę – przeczesał ręką swoje włosy.
- Tą piździunię, która tu niedawno wparowała, Lukie? – zapytałam unosząc brew i zaciągając się.
- Tak. Czemu na takie trafiam?
- Jesteś magnesem na suki – puściłam mu oczka i ostatni raz wzięłam papierosa do ust. Rzuciłam peta na ziemię i zdeptałam go butem.
- Pocieszające. Gdybym tak zakochał się w tobie to dostałbym kosza na miejscu, ale przynajmniej bym miał świadomość, że dobrze wybrałem – westchnął rzucając papierosa na ziemię.
- Nie walczyłbyś o mnie? – udałam oburzenie.
- A chciałabyś? – zapytał przybliżając się do mnie.
- Każda kobieta chce, aby się o nią walczyło. Jesteś naprawdę wspaniałym facetem i gdyby nie fakt, że już kogoś kocham to odpowiedziałabym na twoje zaloty – położyłam mu dłoń na ramieniu.
- A gdybyś nie wygrała tego konkursu, to byś się w nim zakochała? – wybałuszyłam oczy.
- Co?
- Myślisz, że nie wiem, że chodzi, o któregoś z nich? I jakoś sądzę, że to nie ten, z którym się całowałaś na środku ulicy.
- Dobra, masz mnie – podniosłam ręce w geście obronnym.
- I zgaduję też, że to jeden z tych zajętych.
- Wpakowałam się w niezłe gówno – westchnęłam. – Gdybyś to był ty, to jedynym moim problemem byłaby Julie.
- Serce nie sługa. Dobra, jedźmy już.
- Śpieszy ci się? – zapytałam wkładając kask, który mi podał.
- Nie, ale tobie tak – puścił mi oczko. – Pewnie się o ciebie martwią, po tym incydencie.
- Oni nie wiedzą – odparłam chicho.
- A zamierzasz im powiedzieć?
- Nie. Poszliby na policję, a to oznacza przesłuchiwania i rozprawę, czyli będę musiała mówić o tym, o czym chcę zapomnieć. Sama sobie rany rozdrapię, nie dziękuję.
Lucas spojrzał na mnie ze współczuciem, kiedy wsiadałam na motor.
- Nie patrz tak na mnie – rzekłam, a on usiadł przede mną.
- Nie myśl, że nie widzę, co zrobiłaś – odparł sucho i odpalił maszynę. Ruszyliśmy z piskiem opon spod budynku.
Luke jest inteligentny i spostrzegawczy. To jasne, że zauważył. Cieszę się, że on, a nie ktoś inny. Wtuliłam się w jego plecy i zamknęłam oczy. Byłam zmęczona.

Otworzyłam oczy i zorientowałam się, że już jesteśmy przez moim domem.
- Rob, obudź się, już jesteśmy – powiedział Luke z odsłoniętą szybką.
- Dzięki, że tak się o mnie martwisz, ale naprawdę nie musisz – odparłam schodząc z motoru, a Lucas zgapił mój ruch.
- A właśnie, że muszę – zdjęliśmy kaski. – Nie darowałbym sobie, gdyby to się powtórzyło – odparł przybliżając się do mnie. Jego oczy… Tyle w nich smutku i żalu, że aż łzy zaczęły zbierać się w kącikach moich oczu. I to wszystko moja wina.
- Po prostu już zawsze będę korzystała z miejskiego środka transportu – uśmiechnęłam się, a Luke spojrzał na mnie spode łba.
- Nie – powiedział takim tonem, że wolałam już nawet nie ciągnąć tematu.
- Dobra. Ale przynajmniej… - zaczęłam, ale mi przerwał.
- Nie! – warknął.
- Nawet nie wiesz, co chciałam powiedzieć – oburzyłam się.
- To nieważne. Twoje bezpieczeństwo jest ważniejsze niż cokolwiek innego – pogładził mnie po policzku. Taki delikatny dotyk. Przypomniałam sobie dotyk Louisa… Jego zimne ręce zawsze przyprawiały mnie o dreszcze. Tęsknię za tym dotykiem. Tęsknię za nim…
- Zachowujesz się, jakbyś był we mnie zakochany – zaśmiałam się cicho, jednak nie odtrąciłam jego dłoni.
- To by było złe, prawda? – zapytał delikatnym głosem.
- Trochę.
- Nie martw się, nie jestem. Jestem twoim przyjacielem, zawsze możesz na mnie liczyć – pocałował mnie w policzek. – Zawsze – szepnął.
- Dziękuję ci – wtuliłam się w niego. Emitowało od niego takie ciepło, że aż chciało się zostać w tych ramionach. Jednak to inne bezpieczeństwo, niż te, które odczuwałam w objęciach Louisa.
- Nie zimno wam? – usłyszałam jego głos i od razu odskoczyłam od Luke’a. Nawet na mnie nie spojrzał. Zabolało…
„Zazdrość”
- Żegnaliśmy się – odparł Lucas. – Lucas Ryan. Miło poznać – z uśmiechem na ustach brunet wystawił w jego kierunku dłoń.
- Louis Tomlinson – jakby od niechcenia uścisnął rękę mojego przyjaciela i wreszcie zaszczycił mnie jednym spojrzeniem, które zmroziło mi krew w żyłach, ale szybko wrócił do Luke’a. – Może wejdziesz? – zapytał z grzeczności.
- Nie, może innym razem – odparł Lucas i zwrócił się do mnie. – Do zobaczenia i jakby się coś działo to dzwoń – pocałował mnie w policzek i po chwili już jechał ulicą. Wzięłam głęboki oddech i ruszyłam w głąb posesji.
- Kto to był? – zapytał Louis głosem pozbawionym jakichkolwiek emocji podążając za mną.
- Przedstawił się przecież – odparłam sucho. Skoro on może być wobec mnie taki obojętny, to czemu ja nie mogę?
„Hahaha dobrze! Pokaż mu, że może cię stracić!”
- Pytam o to, kim jest dla ciebie i nie mów do mnie takim tonem – powiedział, a ja gwałtownie się zatrzymałam i odwróciłam się twarzą do niego. Staliśmy blisko, ale tak bardzo od siebie oddaleni, że bałam się, że się już nie dosięgniemy.
- Aha, a ty, do kurwy nędzy, możesz używać takiego tonu? Co ja znów zrobiłam, że mnie tak traktujesz, do cholery?! – wrzasnęłam wymachując rękami.
- Odpowiedz na moje pytanie – rozkazał, a ja w odpowiedzi uniosłam brwi i odchyliłam głowę do tyłu. – Proszę – westchnął.
- Jest moim przyjacielem. Pracujemy razem.
- Wyglądało to na o wiele głębsze stosunki – prychnął.
- Tak, masz rację. Jest dla mnie ważny. Jest jak brat. Daje mi to cholerne poczucie bezpieczeństwa w przeciwieństwie do ciebie – warknęłam. Jego oczy się rozszerzyły. Był zaskoczony. – Ponoć mnie kochasz – szepnęłam czując palące łzy pod powiekami.
- Kocham – próbował się przybliżyć jeszcze bardziej, ale zrobiłam krok w tył. To nie tak, że nie chcę, by mnie objął, pocałował, był… To była reakcja na czyn Spencera. Takie gwałtowne ruchy nadal przyprawiają mnie o dreszcze. Nie chcę przed nim uciekać.
Louis nagle zbladł, gdy zobaczył przerażenie na mojej twarzy.
- Przepraszam – powiedział i próbował mnie wyminąć.
- Louis – jęknęłam, a on się zatrzymał. – To nie tak. Rozmawiałam z nim o tym. Nic z tego nie będzie, on po prostu się o mnie martwi.
- A myślisz, że ja nie? – znów pojawił się przede mną i dotknął mojego policzka. Siłą powstrzymałam się przed ucieczką. Chciałam tego dotyku. – Każesz mi udowodnić, że cię naprawdę kocham, a teraz widzę, jak pod naszą bramą obejmujesz się z gościem, którego pierwszy raz widzę na oczy. To boli – jego oddech był przyśpieszony. Drżałam pod wpływem jego zimnej dłoni na moim policzku. Po raz pierwszy od ich wyjazdu czuję ten dotyk. Moje ciało się do tego przyzwyczaja, bo tego chcę. Nie mogę pozwolić, by te przykre doświadczenia górowały nad moimi uczuciami do niego.
- To, co do niego czuję to zupełnie coś innego niż to, co czuję do ciebie – odparłam. – Mogę wejść do domu? – zapytałam.
- Tak, jasne, przepraszam – powiedział szybko. – Mogę cię pocałować? – spytał, gdy już szłam w stronę drzwi wejściowych.
- Tutaj? Aby wszyscy widzieli? – stałam tyłem do niego. Podszedł do mnie i poczułam jego klatkę piersiową na plecach.
- Nie. Już w domu. Tam, gdzie nas nie zobaczą – wyszeptał. – Nie mam pojęcia, co zrobić, abyś mi wybaczyła. Jestem cholernie zazdrosny, bo nie mogę mieć cię tylko dla siebie – wyznał.
- Jesteśmy w tej samej sytuacji – odparłam. – Tylko ja nie robię afery o to, że jesteś z Eleanor, a o nią jestem kurewsko zazdrosna. Postaw się na moim miejscu i zastanów się kto cierpi bardziej – rzekłam i zostawiłam Louisa sam na sam ze swoimi myślami. Weszłam do domu i od razu skierowałam się do kuchni, w której był Niall.
- Hej, jak tam? – zapytał. – Głodna?
- Taa – westchnęłam siadając przy wysepce i oparłam głowę na blacie. – Zabij mnie.
- Nawijaj – odparł Niall odstawiając talerz z kanapkami obok tej mojej pustej czaszki i siadając naprzeciwko mnie. – Wiem, że chodzi o Louisa.
- Skąd? – spytałam unosząc głowę. Oparłam łokieć o blat i brodę położyłam o dłoń. Wzięłam kanapkę w rękę i ugryzłam miękki chleb. – W myślach czytasz? – zapytałam z pełnymi ustami.
- Nie. Widziałem was – zatrzymałam się w pół gryzie. – Ale tylko ja, nie martw się.
Odetchnęłam z ulgą.
- Luke mnie codziennie podwozi. Przytuliliśmy się na pożegnanie, a tu tak z dupy pojawił się Louis. Gdy Luke odjechał zaczął mi wmawiać, że to nie przyjaźń i co z nim, że jest zazdrosny i bla bla bla. A co ja mam powiedzieć? Oh, i jeszcze dojebał z pytaniem czy może mnie pocałować – ze wściekłością wgryzłam się w kolejną kanapkę i nagle do domu wszedł Louis. Skierował się od razu na górę nawet nie zaglądając do kuchni. – Mam nadzieję, że nie słyszał.
- Wątpię. Ale całkowicie się z tobą zgadzam. Masz o wiele gorzej, bo on nadal jest z Eleanor.
- Niall, mój aniele. Ty mnie rozumiesz – rzekłam wychylając się zza stołu, aby przytulić przyjaciela.
- No przecież. Oh, obserwowałem go, jak chciałaś – uśmiechnął się.
- Czekasz na jakieś zaproszenie? – zapytałam z ironią.
- Eleanor kilka razy do niego dzwoniła i chciała przyjechać, ale ją zbywał. A kiedy dzwonił do ciebie to albo był cholernie zmartwiony albo japa mu się cieszyła. Sądzę, że osoba, która nic do ciebie nie czuje, by się tak nie zachowywała. Nikt nie wie o was, więc po co ma udawać? Oczywiście, nie licząc mnie, ale on nie wie, że ja wiem – wyszczerzył się.
- Dzięki, Niall. Co ja bym bez ciebie zrobiła? – uśmiechnęłam się do niego z wdzięcznością. Martwiło mnie tylko to, że się martwił. Pewnie chodziło o ten dzień…
- Uschłabyś z rozpaczy – wystawił język.
- To było pytanie retoryczne ciołku – odparłam.
- Wiem – posłał mi całusa. – A Luke? Czujesz coś do niego?
- Ty też zaczynasz? – spytałam zirytowana.
- Pytam dla pewności – uniósł ręce w geście obronnym.
- To tylko przyjaźń. Zaproponował, że będzie mnie podwoził, a ja się zgodziłam. Proste.
- Jak będziemy mieli wolne, to sądzę, że Louis będzie cię zawoził i przywoził.
- Hahahaha nie – zaśmiałam się, ale nie powiem, że nie byłoby mi miło, gdyby tak zrobił. – A gdzie reszta?
- Liam wykorzystał sytuacje i zabrał gdzieś Danielle, więc prędko nie wróci… - zaczął.
- O ile w ogóle – wtrąciłam się.
- Tak. Zayn robi przemeblowanie u siebie, a Harry mu pomaga, ale chyba już skończyli, bo przestali się wydzierać – Niall wzruszył ramionami. – O! – krzyknął. – I pamiętaj, że jutro idziemy na imprezę.
- Dobrej zabawy – wystawiłam kciuk do góry.
- Ohohoho nie ma tak. Ty też idziesz.
- Nie.
- Tak. Odkąd wróciliśmy jesteś jakaś… Inna. Przytłoczona, ciągle bujasz w obłokach. Pomyśleliśmy, że gdy wszyscy razem się zabawimy to choć trochę poprawimy ci humor – patrzył mi w oczy. Jego twarz była wypełniona troską i żalem. Nic udawanego, aby mnie przekonać. Jak teraz powiem „nie” przestanie naciskać. Muszę powiedzieć…
- No okay – kiwnęłam głową. – A Perrie, Danielle i Eleanor będą? – to ostatnie imię wypowiedziałam z miną jak-tam-pójdzie-to-zabiję.
- Nie. Tylko nasza szóstka.
- Oki. Ale jak mnie zostawicie samą to was zabiję – zagroziłam.
- Nie zostawimy cię – nachylił się nad stołem i pocałował mnie w policzek. – A o Louisa się nie martw. Będzie dobrze.
- Czemu ja zawsze ładuję się w bagno? – zapytał bardziej siebie niż jego. – Dobra, padam na twarz. Idę spać. Dobranoc.
- Dobranoc – odparł Niall, a ja pobiegłam do swojego pokoju. Przechodząc obok pokoju Louisa miałam wielką ochotę wejść tam i powiedzieć mu, że się nie gniewam. Że mimo wszystko go kocham. Jednak zrezygnowałam z tego i weszłam do siebie. Szybki prysznic oczyścił moje myśli ze zmartwień dzisiejszego dnia i po przepraniu się w prowizoryczną piżamę wskoczyłam pod kołdrę.

Otwierające się drzwi do mojego pokoju mnie obudziły. Jednak nadal miałam zamknięte oczy. Ten ktoś podszedł do mojego łóżka i usiadł na podłodze opierając się o materac. Lekko otworzyłam jedno oko by się dowiedzieć, że to Louis. Miał odchyloną głowę do tyłu.
- Jestem idiotą. Przepraszam, że kocha cię taki egoista – mówił ściszonym głosem, a mnie coś zakuło w sercu, a powieki się zacisnęły. Louis odwrócił się w moją stronę i wziął za dłoń, która wystawała spod kołdry. – Tak bardzo cię przepraszam. Jestem samolubem. Skupiłem się na sobie i zapomniałem, że to ty jesteś tu najbardziej poszkodowana – złożył pocałunek na wierzchu mojej dłoni. – Powinienem cię zostawić w spokoju i pozwolić, abyś znalazła sobie kogoś lepszego, jednak nie potrafię. Jak tylko pomyślę, że jakiś inny facet mógłby cię… ech – westchnął nie mogąc dokończyć zdania. – Przepraszam, że nie potrafię pozwolić ci odejść – szepnął i przyłożył swoje wargi do moich ust. Delikatnie je muskał. Zarzuciłam mu ręce na szyję i odwzajemniłam pocałunek wkładając w to wszystkie emocje, które kłębiły się w moim wnętrzu. Louis wspiął się na łóżko jedną nogą zostając na podłodze, a kolano drugiej położył pomiędzy moimi nogami. Prawą rękę podpierał się obok mojego ramienia, a lewą mocno mnie obejmował, jakby bał się, że gdy tylko mnie puści, zniknę. Pocałunek był tak namiętny, że nie byłam w stanie oddychać, a co dopiero myśleć racjonalnie. Nie mogłam wyrzucić z siebie przeczucia, że to może być ostatni pocałunek. Oderwałam się od Louisa i otworzyłam oczy. Jego nie było. Była tylko poduszka, do której się przytulałam.
- To sen? – zapytałam samą siebie.
„Najwyraźniej”
- Cholera – syknęłam w wcisnęłam głowę w miętoszony przeze mnie przedmiot i starałam się powrócić do świata snów, w którym ja i Louis możemy bez przeszkód i bez kłótni być razem szczęśliwi.

Stałam przed lustrem w łazience i patrzyłam w swoje odbicie. Czarne obcisłe rurki idealnie opinają moje pośladki uwydatniając ich kształt. Luźna biała koszulka z czarnym krzyżem na piersiach opada z prawego ramienia. Na stopach czarne trampki z czaszkami po bokach, a na nadgarstkach przeróżne bransoletki, aby zakryć blizny i rany. Kończąc swoją „pracę” zmierzwiłam włosy. Nigdy nie lubiłam fikuśnych stylizacji. Wolałam rozpuszczone, potargane przez wiatr.
- Kiedy ostatni raz byłam na imprezie? – spytałam wygładzając koszulkę. – Chyba w wakacje – uśmiechnęłam się na samą myśl o tym. Cała nasza paczka na imprezie wbarze, a potem nad stawem. Tęsknię za nimi.
„Już niedługo, nie martw się” ehh… mimo że często kłócę się z tym głosem, to jednak ono mnie rozumie najlepiej.
„Jestem tobą idiotko” zaśmiałam się na to wyznanie.
- Tak, masz rację.
Kiedy jestem sama mówię wszystko na głos. Muszę się pilnować, bo uznają mnie za wariatkę.
„Już nią jesteś”
- Japa – zaśmiałam się.
- Roberta! Jesteś gotowa?! – usłyszałam krzyk Niella.
- Tak! Już idę! – poprawiłam włosy i zbiegłam na dół, przedtem jeszcze zabierając telefon i wyłączając wszystkie światła w pokoju.
- Się zakochałem – westchnął Harry, gdy mnie zobaczył. Poszedł do mnie i objął mnie w talii. – Może zostaniemy w domu, a im każemy spadać, co? – zamruczał.
- Chciałbyś, napaleńcu – odepchnęłam go i ruszyłam w stronę drzwi.
Wszyscy jakimś cudem zmieściliśmy się w Rang Roverze Niella i pojechaliśmy prosto do klubu. Gdy się tam znaleźliśmy musiałam się powstrzymywać, by nie otworzyć ust z wrażenia. To był jeden z najdroższych i najbardziej ekskluzywnych klubów w Londynie, o ile nie w całej Anglii. Zwykle przebywałam w bardziej obskurnych miejscach, więc ta miejscówka robi na mnie ogromne wrażenie.
Oglądałam się na wszystkie strony. Jasne, wyraziste kolory reflektorów raziły mnie w oczy, a muzyka otaczająca mnie ze wszystkich stron huczała w uszach i w głowie przyprawiając o zawroty głowy, nawet gdy nic się nie wypiło. Na samym środku była gruba kolumna, a wokół niej bar. Sprytnie zrobione. Przy ścianach znajdowały się stoliki. Wszystkie były zajęte, prócz jednego, do którego się właśnie zbliżaliśmy. Omijaliśmy rozgrzane pary, od których było czuć seks. Sam ich widok był podniecający, a mnie powinno brzydzić, jak pewien umięśniony i niezwykle przystojny blondyn tańczy z dość drobną brunetką dość erotyczny taniec błądząc rękoma po całym jej ciele i zachłannie całując. Zapowietrzyłam się, gdy owy blondyn spojrzał na mnie pożądającym wzrokiem. Nawet nie przestawał całować swojej partnerki. Jego wzrok był hipnotyzujący. Gdyby nie Harry i jego dłoń na moich plecach wpadłabym na kogoś opanowana tym spojrzeniem. Co jest kurwa?! Wciągnęłam nosem powietrze. Pośród zapachu drogich perfum, alkoholu i papierosów czułam coś jeszcze, ale nie mogłam sobie przypomnieć co… Kojarzyłam to.
Rozsiedliśmy się przy stoliku na półokrągłej kanapie. Znajdowałam się pomiędzy Harrym a Niellem, centralnie przed panem „zajebiste oczy” i jego nic nie świadomą partnerką, która poprzez swoje ruchy krzyczała, że chce, aby ją wziął choćby na parkiecie przy wszystkich.
- Tak się im przyglądasz… Może zatańczymy tak? – zapytał Harry trącając mnie ramieniem.
- Ten gostek się na mnie gapi – powiedziałam szybko.
- Patrząc na niego zachęcasz go – odparł Liam.
- To przez te oczy – zaczerwieniłam się.
- Lecisz na niego? Ranisz mnie – zajęczał Harry.
- Nie lecę. Nie jest nawet w moim typie. Po prostu wydaje mi się podejrzany – machnęłam ręką. – Udzieliło mi się od taty.
- Hmm?
- Był policjantem, nie mówiłam wam?
- Chyba ci umknęło – zaśmiał się Zayn. – A co robiła twoja mama?
- Była zastępcą szefa kuchni w jakiejś znanej restauracji. Nie pamiętam nazwy. Zawsze chciała zostać szefem kuchni. Miała szansę, ale… zachorowała – spuściłam wzrok. Ona nie spełniła swoich marzeń, a więc czy ja mam prawo?
„Masz. Ty byłaś największym marzeniem Lily, kiedy to zrozumiesz? Ona chciałaby, abyś ty spełniła swoje. To marzenie każdej matki”
- Dobra, koniec tych smutków! Jesteśmy tu aby się bawić! Zayn, choć ze mną po drinki – odparł Louis. Ciągle na mnie patrzył. Gdy mówiłam o mamie jego spojrzenie było pełne żalu.
„Nie chciał, abyś się martwiła”
„Wiem o tym”
Lou i Zayn poszli do baru. Harry mnie objął i przyciągnął do siebie.
- Uśmiechnij się. Jesteśmy tu żeby się bawić – rzekł Harry.
- Tak, wiem. Przepraszam.
Chwilę później Louis i Zayn wrócili z tacką, na której stały szklanki z kolorowymi drinkami.
- Proszę bardzo – rzekł Louis. Wybrałam pierwszą lepszą szklankę z czerwonym trunkiem. Wzięłam łyka przez słonkę, a w moim gardle poczułam przyjemne pieczenie mocnego alkoholu. Po kilku drinkach i wielu rundkach po parkiecie czułam już spokój. Nic nie mogło mnie wytrącić z równowagi. Nie przejmowałam się niczym. Chciałam po prostu spędzić dzisiejszą noc z przyjaciółmi.
„I z nim”
„I z nim” szczerzyłam się patrząc, jak alkohol w mojej szklance powoli znika.
- Zatańczymy? – zapytał Louis, na co od razu się zgodziłam. Poszliśmy na parkiet i zaczęliśmy tańczyć do dość żywej piosenki. Trzymałam się bardzo blisko niego z dwóch powodów. Pierwszy to taki, że nie chciałam go zgubić w tym tłumie, a drugi, że po prostu chciałam poczuć jego bliskość. Niby przypadkiem ocierałam się o niego, a widok jego podnieconej twarzy był tym, czego w tej chwili chciałam. Pragnęłam go pocałować. Tu. Teraz. Ale nie mogłam. Przybliżałam się do niego, ale zaraz potem znów cofałam, drażniąc go. Louis złapał mnie za biodra i mocno przycisnął do siebie. Czułam jego gorące ciało na sobie. Przez alkohol płynący w moim ciele naprawdę się podnieciłam.
- Jeśli będziesz się tak ze mną droczyć to nie skończy się to dobrze. Nie chce robić nic, czego później będziesz żałować – wyszeptał wprost do mojego ciała niezwykle pociągającym głosem. Specjalnie obniżył go o oktawę przyprawiając mnie tym o dreszcze. Przygryzł płatek mojego ucha, a potem przejechał po nim językiem.
- Zaraz się obudzę – powiedziałam do siebie.
- Hmm? – Louis był zdezorientowany, ale nadal mocno mnie trzymał i kierował moim ciałem, które było zdane tylko na niego. Dałam sobą kierować. Chciałam, aby mną kierował. Przez ten alkohol nie wiedziałam co robię.
„Aha… Ty tego chcesz, a na trzeźwo nigdy byś się nie przyznała”
- To jest sen, prawda? Zaraz się obudzę i znikniesz – wtuliłam głowę w jego szyję.
- Nie zniknę. Obiecuję.
Po kilku utworach postanowiliśmy odpocząć. Zdyszana opadłam na kanapę i wzięłam do ręki swoją szklankę, aby dopić do końca drinka.
- Gdzie Niall? – zapytałam.
- Tańczy z jakąś laską – odparł Liam wpatrując się w ekran telefonu.
- Ah, Niall podrywacz – zaśmiałam się.
- Idę na fajkę, Rob idziesz? – zapytał Zayn.
- Nie mam ochoty – jęknęłam.
- Okay, Harry choć ze mną.
- Po co? – spytał chrupiąc chipsy.
- Pogadamy – obaj udali się do wyjścia.
- Idę do kibla – oznajmił Louis, a zanim wstał przejechał dłonią od mojego kolana w górę uda. Przez chwilę gadałam z Liamem do czasu, gdy nie zadzwonił jego telefon.
- To Danielle – powiedział przygryzając wargę z zakłopotania. – Tu jest za głośno – westchnął.
- To wyjdź, jaki problem? – wzruszyłam ramionami.
- Na pewno? Nie chcę cię zostawiać samą.
- Nie traktujcie mnie, jak dziecko. Zaraz któryś wróci, a teraz spadaj, bo Dan się wkurwi i będziesz miał przesrane.
- Dzięki – uśmiechnął się z wdzięcznością i ruszył do wyjścia. Przez chwile poczułam dziwne uczucie, że zaraz coś się stanie. Nagle poczułam silny zapach męskich perfum i czegoś jeszcze.
- Czemu taka piękna kobieta siedzi tu całkiem sama? Gdzie twoi znajomi? – zapytał we własnej osobie pan „zajebiste oczy” nachylając się nade mną. Miał rozszerzone źrenice, a ponadto jego oczy błyszczały. On coś brał. To niemożliwe, aby w naturalny sposób oczy, tak się świeciły. Marihuana! To ten zapach!
- Zaraz wrócą – odparłam bez większego entuzjazmu. Nie miałam ochoty spędzać czasu z kimś, kto był wmieszany w narkotyki. Jednak moja postawa jeszcze bardziej go zachęciła.
- To może dotrzymam ci towarzystwa, dopóki nie wrócą, co? Może to jest ekskluzywny klub, ale tu aż się roi od zboczeńców, którzy tylko czekają na takie okazje – przybliżył się do mnie.
„Takich, jak ty?” pomyślałam.
- Rób co chcesz, ale moi przyjaciele nie będą zadowoleni, że tu siedzisz – oznajmiłam wypatrując, któregoś z nich.
„Cholera! Jak potrzeba to ich nie ma!” wrzasnęłam w myślach. Miałam naprawdę złe przeczucia.
- Oh, przestań. To raczej ty powinnaś być niezadowolona, bo cię zostawili. Może zatańczymy? – zaproponował, widząc moje małe zakłopotanie.
- Chyba nie. Nie jestem w tym najlepsza – machnęłam ręką na odczepne, ale on chwycił ją i ucałował knykcie.
- Widziałem cię wcześniej. To było gorące.
- Nie schlebiaj mi.
- A jak ci na imię? – prawie zaśmiałam mu się w twarz.
- Roberta – westchnęłam próbując zabrać rękę, ale na marne.
„Jak zaraz nie przyjdziecie to pójdę z nim, do cholery” warczałam w myślach i przeklinałam całą piątkę.
- Piękne imię, dla pięknej dziewczyny. Jestem Jacob – jego uśmiech był niezwykle uwodzący. Pewnie nie jedna nabrała się na te wybielane zęby. – Szczerze, to pierwszy raz słyszę takie imię – w odpowiedzi wzruszyłam tylko ramionami. Kolejne minuty z nim mijały, a moich przyjaciół ciągle nie było. – No choć. Tylko jeden taniec – jego wolna ręka znalazła się na mojej talii, a mnie aż przeszły dreszcze. Jeden taniec… Co mi szkodzi jeden taniec?
„Dużo”
„Jak czegoś próbuje to mu dowalę”
- Okay. Jeden taniec i dajesz mi spokój, jasne? – syknęłam zirytowana takim typkiem.
- Oh, co tak ostro? – zapytał ciągle się szczerząc i pomagając mi wstać.
- Przepraszam, jestem trochę zirytowana.
- Twoi przyjaciele? Nie martw się. Takich jest na pęczki. Znajdziesz sobie lepszych – machnął ręką prowadząc mnie na parkiet.
- Oni są najlepsi – wyszeptałam, aby mnie nie usłyszał. Mijaliśmy spocone pary, które były zatracone w tańcu. Nic ich nie obchodziło. Żyli teraz w zupełnie innym świecie. Tylko oni i muzyka. Jeszcze niedawno byłam w tym świecie tylko z Louisem, a gdzie on jest teraz?
Jacob znalazł dla nas trochę miejsca na parkiecie i przyciągnął mnie do siebie. Ruszaliśmy się w rytm żywej muzyki. Starałam się zachowywać jakiś dystans, ale Jacob nie pozwalał mi na to. Chciał, abym była blisko niego. Widać było, że nie spocznie póki nie dopnie swego.
„No chyba, że ktoś zaraz nie wkroczy do akcji”
„Niech wkracza szybciej”
Blondyn chwycił mnie za biodra i przycisnął do siebie. Jego palce wbijały się w moją skórę, a z każdą próbą odsunięcia się od niego sprawiał mi coraz większy ból.
- Obejmij mnie – wymruczał mi do ucha, a mi aż zrobiło się niedobrze. Jednak nie chciałam mieć większych problemów. Zarzuciłam mu ręce na ramiona. Z boku to wyglądało, jakbym szykowała się, aby go odepchnąć.
- Czemu się tak stresujesz? Rozluźnij się i daj się ponieść temu uczuciu – jego wargi dotknęły mojej szyi i nagle Jacob gwałtownie się cofnął. Odwróciłam się i wpadłam na Louisa.
- Co jest kurwa!? – wrzasnął uderzony blondyn. Louis objął mnie ramieniem, a ja zgrabnie przylgnęłam do jego piersi. – Co ty sobie, kurwa, wyobrażasz?! Roberta, pozwolisz mu na to?!
- Tak – wyszeptałam. Pozwolę mu na wszystko.
- Jeśli jeszcze raz ją dotkniesz to na tym się nie skończy – warknął Louis i wyprowadził mnie z klubu.
- Dzięki… - zaczęłam.
- Co ty robisz?! – warknął. – Mówiłaś, że ten typek jest jakiś podejrzany, a teraz co? W detektywa się bawisz?
- Tak! Ćpał! I gdyby któryś ruszył dupę nie doszło by do tego! Myślisz, że po prostu do mnie podszedł i od razu poleciałam za nim? Nie! – krzyknęłam. – Przeciągałam naszą rozmowę trudne przebywać w jego towarzystwie – zaczęłam drżeć, a w oczach zapiekły mnie łzy. – To było straszne, obleśne, bałam się – nagle znalazłam się w ramionach Louisa.
- Ćśśś… spokojnie. Wracamy do domu. Taksówka powinna już czekać – oznajmił i zaczął mnie prowadzić w stronę samochodu.
- Kiedy ją zamówiłeś? – zapytałam.
- Jak poszedłem do łazienki. Tyle mi to zajęło, bo musiałem jeszcze coś załatwić.
Gdy doszliśmy do taksówki, Louis otworzył mi drzwiczki i gestem ręki kazał wsiadać. Wykonałam jego polecenie i wcisnęłam się w sam róg tylniego siedzenia. Louis usiadł obok mnie i zatrzaskując drzwi powiedział kierowcy adres.
- Już powiedziałem chłopakom, że wracamy wcześniej, a oni mogą dalej się bawić – powiedział nawet na mnie nie patrząc. Jest na mnie zły…
„No co ty?”
- Przepraszam – spuściłam głowę i oparłam ją o szybę. Żadne z nas się nie odzywało. Słychać było tylko odgłos silnika, a z radia wydobywały się pierwsze fragmenty „What a Wonderful World” Louisa Armstronga.
Kilka minut później już byliśmy pod posesją. Lou zapłacił i oboje w ciszy ruszyliśmy w stronę domu. Szatyn otworzył kluczami drzwi i wpuścił mnie przodem.
- Wiem, że jesteś zły, ale… - zaczęłam, ale głośny trzask drzwi i szybkie przekręcenie zamka sprawiły, że błyskawicznie się odwróciłam. – Co jest? – zapytałam, ale zamiast odpowiedzieć Louis po prostu chwycił mnie za tył głowy i przycisnął moje usta do swoich. Od razu odwzajemniłam ten pocałunek. Całowaliśmy się zachłannie, jakby jutro był koniec świata. Jego język drażnił wnętrze moich ust, a jego ciche pomruki tylko sprawiały, że z moich kolan i mózgu robiła się miazga. Louis chwycił mnie za pośladki. Ścisnął je, tak że wydałam z siebie jęk. Energicznym ruchem podniósł mnie, a moje nogi same objęły go w pasie. Ruszył w stronę kanapy. Ułożył mnie na niej i opierając się jednym ramieniem położonym obok mojej głowy, a kolanem między moimi udami patrzył na mnie. Było ciemno. Nie widziałam jego twarzy, ale to się nie liczyło. Byliśmy sami, wreszcie razem i tym razem nikt nam nie przeszkodzi.
- Nie jestem zły – powiedział i pocałował mnie w czoło. Nagle poczułam jego ciało na sobie. Nasze wargi się odnalazły i kontynuowaliśmy nasz pocałunek. Zatopiłam palce w jego włosach i pociągnęłam je. Louis oderwał się ode
 

 
Pewnie nie wiecie, ale założyłam na pingerze drugiego bloga (ile z tym było pierdolenia, o matko). Będą na nim same one shoty, krótkie opowiadania i jakieś chwilowe napady weny (nie mam bladego pojęcia jak to nazwać), ale nie są o 1D i nasi chłopcy w nich nie występują i mam nadzieje, że to nie będzie przeszkadzać. Jednak ostrzegam, że jeśli ktoś nie lubi anime, mang itp. to radzę nie wchodzić. Jestem otaku i chciałam połączyć swoje dwie miłości
Byłoby miło gdyby ci, którzy w jakiś sposób lubią moją twórczość serdecznie zapraszam na: http://sayorinekomori.pinger.pl/
Mam nadzieje, że wam się spodoba
 

 
- W jakim stanie? - zareagował natychmiast.
- No w żadnym. Powiedziałam tak na zaś – zaśmiała się nerwowo.
- Bo wykraczesz – oznajmił poważnie. - Okay. Powiedz Robercie, jak się obudzi, żeby do mnie zadzwoniła. Na razie – rzekł.
- Cześć – w pokoju rozległ się dźwięk zakończonej rozmowy. - Przepraszam, przepraszam, przepraszam – zaczęła powtarzać, jak w transie. - Nie chciałam tak palnąć.
- Uspokój się. Nic się nie stało – uspokoiłam ją.
- Ufff... - westchnęła.
- Dziękuję za pomoc. Napiłabym się czegoś – odparłam zmieniając temat. Chcę to zapić. To uczucie wstydu. Chcę o nim zapomnieć. Chcę aby zniknęło i już nigdy nie powróciło. Chcę aby odeszło wraz z jutrzejszym kacem.
- Masz przecież herbatę – zdziwiła się Trina.
- Jej chodzi o alkohol – odparł Shain wstając. Podszedł do barku i otworzył go. - Wino, whisky, wódkę... - zaczął wymieniać.
- Wódka – przerwałam mu bez dłuższego namysłu. Shain westchnął i podał mi butelkę. Otworzyłam ją i wzięłam pierwszy łyk. Poczułam palenie w gardle, ale nadal piłam.
- Roberta... - Trina pociągnęła nosem.
- Przepraszam was, że jestem taka beznadziejna – odparłam i znów zaczęłam pić. Mimo zawrotów głowy i poczucia senności starałam się wypić wszystko. Chcę zapomnieć. Nie czuć tego uczucia. Nie chcę już czuć się problemem dla innych. Chcę być silna, chcę być odważna, chcę być sobą...
W całym domu rozległ się trzask tłuczonego szkła. Butelka roztrzaskała się o ścianę, w którą rzuciłam. Po policzkach płynęły mi łzy, a z ust wydobywał się szloch.
Nie chcę być słaba, chcę być wojowniczką... Przecież wiele razy powtarzane kłamstwo staje się prawdą.
 

 
Nie mam melodii. Ostatnio to one sprawiają mi największy kłopot, dlatego najpierw piszę tekst. Nie chcę mówić wprost co się stało. Słowa zawarte w piosence mogą trafić w głąb serca i zostaną zapamiętane, wyryte w podświadomości, a powiedziane wręcz przeciwnie. Wlecą jednym uchem, a drugim wylecą i tyle. Nie chcę współczucia czy litości tylko proszę o wysłuchanie. To dużo?
Nagle zadzwonił mój telefon. Wzięłam go do ręki, a gdy ujrzałam: „Louis” na ekranie od razu rzuciłam komórkę Trinie.
- Co jest? - zapytała zdziwiona.
- Odbierz. Nie mogę z nim rozmawiać! - mój głos nadal był drżący. Słychać, że płakałam. On nie może wiedzieć. Ani on ani reszta. Już za dużo ludzi wie.
- Ale...
- Powiedz mu, że nie mogę rozmawiać i nie mów mu co się stało, proszę – po moim policzku znów spłynęła łza. Nie chcę by się martwił. On ma własne życie. Nie może zawieść fanów.
- Dobra... - odparła.
- Głośnik – powiedział Shain, a Trina odebrała wykonując polecenie chłopaka.
- Halo? - spytała.
- Umm... Chciałbym rozmawiać z Robertą – był lekko zszokowany, że nie usłyszał mojego głosu.
- Oh, teraz śpi. A nie chciałam jej budzić. Jestem Trina.
- Miło mi, Louis. Gdzie teraz jesteście? - spytał. Chciałby wszystko wiedzieć, ale niektóre informacje nie zostaną zdradzone... Nigdy...
- U was. Chyba nie sprawi wam problemu, że przez kilka dni będę u was nocować? Roberta czuję się samotna – chciałam zaprotestować, ale szybko zakryłam sobie usta dłońmi.
- Tak, jasne. Czy u niej wszystko dobrze? - w jego głosie można było usłyszeć zmartwienie.
- Tak, jest okay. Miło, że pytasz.
- Po prostu się o nią martwię. Cieszę się, że Roberta ma przy sobie kogoś, kto jej pomoże w razie czego.
„Nawet nie wyobrażasz sobie jak bardzo” pomyślałam patrząc na bandaż na moim nadgarstku.
- Nie zostawiłabym jej w takim stanie – powiedziała i rozszerzyła oczy, gdy uświadomiła sobie co palnęła.
 

 
Wraz z Triną i Shainem siedzimy w salonie na kanapie. Oboje pili herbatę. Mój kubek stał na szklanym stoliku naprzeciwko nas. Kolana mam zgięte, dzięki czemu robią za podpórkę dla notesu, w którym piszę wszystko co czuję. Nowa piosenka, która dla niektórych może być tylko fikcją wziętą z jakiegoś filmu. Jeśli znajdzie się ktoś, kto domyśli się, że to o mnie i o tym co mogło się stać to dobrze, ale nie zdradzę mu szczegółów. Lepiej o tym zapomnieć.

„This is a story that I've never told
I gotta get this off my chest to let it go
I need to take back the light inside you stole
You're a criminal
And you steal like you're a pro

All the pain and the truth
I wear like a battle wound
So ashamed so confused, I was broken and bruised

Now I'm a warrior
Now I've got thicker skin
I'm a warrior
I'm stronger than I've ever been
And my armour, is made of steel, you can't get in
I'm a warrior
And you can never hurt me again

Out of the ashes, I'm burning like a fire
You can save your apologies, you're nothing but a liar
I've got shame, I've got scars
That I will never show
I'm a survivor
In more ways than you know

Cause all the pain and the truth
I wear like a battle wound
So ashamed so confused, I'm not broken, or bruised

'Cause now I'm a warrior
Now I've got thicker skin
I'm a warrior
I'm stronger than I've ever been
And my armour, is made of steel, you can't get in
I'm a warrior
And you can never hurt me

There's a part of me I can't get back
A little girl grew up too fast
All it took was once, I'll never be the same
Now I'm taking back my life today
Nothing left that you can take
'Cause you were never gonna take the blame anyway

Now I'm a warrior
I've got thicker skin
I'm a warrior
I'm stronger than I've ever been
And my armour, is made of steel, you can't get in
I'm a warrior
And you can never hurt me again”
 

 
- Po prostu nie chcę byś była sama – pogładził mnie po policzku, a ja chciałam uciec. Schować się gdzieś i nie wychodzić dopóki nie będę miała pewności, że nikt mnie już nie pamięta.
Poczułam czyjąś dłoń na ramieniu i od razu przerażona odskoczyłam. Popadam w paranoję.
- Roberta, proszę. My chcemy ci pomóc – miała tak strapioną twarz. Była u kresu wytrzymałości. Nie chcę aby płakała przeze mnie.
- Dobrze – zgodziłam się i razem z szatynką poszłam do mojej łazienki. W pokoju zaczęłam zdejmować pozostałe ubrania. - Przepraszam, że zadzwoniłam. Nie chciałam abyście się martwili – powiedziałam wchodząc do brodzika.
- Co ty mówisz? - zapytała zdejmując bluzkę.
- Nie chcę abyście się tak zadręczali mną. Macie swoje życie...
- Nie mogliśmy zostawić cię samej, nawet gdybyś nam powiedziała, że mamy się do ciebie nie zbliżać – rzekła stanowczo odkręcając kurek.
- Przepraszam – powiedziałam spuszczając głowę czując na sobie strumień gorącej wody. Jest taka czysta w porównaniu do mnie. Czy jest w stanie zmyć ze mnie ten brud?
Trina pomagał mi się umyć z krwi i całej tej wyimaginowanej warstwy odrażającej substancji, która jest ciężka, która nie pozwala iść dalej, bo cały czas przypomina o tym poczuciu wstydu i słabości... Nie chcę być słaba. Nie chcę pokazywać się z tej strony. On ukradł mi godność i poczucie własnej wartości. Jak profesjonalista. Tą historię zachowam w sobie i tylko te blizny będą zawierać jej treść.
Zaciskałam zęby za każdym razem, gdy Trina, jak i sama ja dotykałam posiniaczonych miejsca na moim ciele. Używał zbyt wiele siły, aby mnie powstrzymać. Wtedy tego nie czułam. Odebrał mi coś czego już nie odzyskam. Nie czuję już godności. Na jej miejscu jest pustka. Obawiam się, że umarłam po raz kolejny i już nigdy nie będę taka sama. Mogę jedynie pokazywać innym maskę przeszłej mnie. Nie chcę, aby się martwili. Każdy ma własne problemy, a ja nie zamierzam im obarczać jeszcze własnymi. Muszę dorosnąć i sama zająć się własnym życiem i problemami. Jednak może uda mi się odbudować to, co on zburzył. Wiele razy powtarzane kłamstwo, staje się w końcu prawdą... Będę walczyć i już nikt nie będzie w stanie mnie zranić. Nigdy...
 

 
Drżałam dławiąc się łzami. Skuliłam się i płakałam. Chcę zapomnieć, czy to tak wiele?
Nagle zadzwonił dzwonek. Wzdrygnęłam się. Bałam się iść otworzyć, ale to mogła byś Trina. To nie mógł być on, bo nie zna adresu... Prawda?
Kolejny dzwonek i kolejny. Byłam, jak sparaliżowana. Nagle zadzwoniła moja komórka. Drżącą ręką sięgnęłam po spodnie i wyjęłam telefon z kieszeni. Na ekranie widniało imię Triny, więc odebrałam.
- Roberta, otwórz, proszę – była zdenerwowana. To wszystko z mojego powodu... Czemu do niej zadzwoniłam?
„Dobrze zrobiłaś. Idź i jej otwórz”
Wstałam i zarzuciłam na siebie koszulę. Od razu na białym materiale pojawiły się czerwone plamy z krwi. Wyglądam jak wrak.
„Gorzej”
- Już – wychrypiałam. Chwiejnym krokiem zeszłam na dół podtrzymując się ściany. Wpisałam kod otwierający furtkę i lekko uchyliłam drzwi. Gdy zauważyłam Trinę od razu zablokowałam wejście na posesję.
Po chwili poczułam mocny uścisk.
- Rob, co się stało? - zapytała ze łzami w oczach Trina. W świetle księżyca ujrzała to, jak wyglądam. Przeraziła się, a jej warga zaczęła drżeć. - CO SIĘ STAŁO DO CHOLERY!?
- Uspokój się! - warknął... Shain? Ufam mu, naprawdę mu ufam. Jest dla mnie, jak rodzony brat, ale gdy chciał mnie przytulić odsunęłam się. - Rob...? - uniósł brew, ale po chwili zacisnął szczękę i pięści. Jego twarz przybrała wygląd kamienia. - Zabiję skurwiela! - warknął. - Jak śmiał położyć na tobie choćby palec?! Tylko go, kurwa znajdę. Black pożałuje, że się urodził.
- Nie! - zaprotestowałam. - Nie, proszę. Nie chcę, aby ktoś o tym wiedział – Trina zamknęła drzwi na klucz. - Chcę zapomnieć.
- Nie ujdzie mu to na sucha. To co zrobił jest niewybaczalne... Czekaj... to krew? - zapytał. Był coraz bardziej rozwścieczony.
- Moja – odpowiedziałam piskliwym głosem.
- No przecież, że twoja. Boże, co on ci zrobił...
- Sama to sobie zrobiłam – powiedziałam pokazując mu automatycznie nadgarstek. Shain wyszczerzył oczy i po chwili zamknął mnie w silnym uścisku. - Puść mnie! - nie chcę by mnie dotykał. Nawet jeśli jest moim bratem. Jestem brudna.
- Ćśśśś... Nie skrzywdzę cię. Zrobię wszystko, abyś była szczęśliwa. Nie musisz się mnie bać – delikatnie głaskał mnie po głowie i składał na niej czułe pocałunki. - Musisz się umyć – oznajmił. - Chyba sama nie dasz rady – mimowolnie zadrżałam. - Trina ci pomoże.
- D-dam radę. Nie trzeba – nie chcę by ktoś mnie oglądał w takim stanie. Nagą. Brudną. Obdartą z godności.
 

 
Upewniłam się, że wszystko jest szczelnie pozamykane. Mam paranoję. Łzy cały czas spływają po moich policzkach utrudniając poruszanie się po ciemnościach panujących w domu. Co chwila się o coś potykam. Ból fizyczny jest dobry. Pozwala mi zapomnieć o tym...
„Zadzwoń po Trinę, bo nie wytrzymasz” nalegał.
- Nawet, gdy zadzwonię nie dam rady – załkałam wchodząc do kuchni. Wyciągnęłam komórkę i wybrałam numer Murphy i przyłożyłam aparat do ucha.
- Halo? - spytała szatynka. Słyszałam w tle romantyczną melodię... Jest zajęta, nie chciałabym jej przeszkadzać, ale zanim się zorientowałam zaczęłam wrzeszczeć.
- Przyjedź do mnie! Błagam nie pozwól bym była teraz sama!
- Roberta, co się stało? - zapytała spanikowana.
- Przyjedź do mnie! Pomóż mi, proszę cię... - upadłam na kolana.
- Jadę do ciebie. Nawet się nie warz wychodzić z domu. Błagam nic sobie nie rób. Czekaj na mnie – rozłączyła się. Najgorszym dźwiękiem jest łamiący się głos kogoś ci bliskiego. To jak miliony szpilek wbijających ci się w ciało i w duszę. Podparłam się o blat i wstałam. Schowałam telefon do kieszeni i wyszłam z kuchni. Pokonałam pierwsze stopnie, ale potknęłam się i resztę drogi przebyłam na czworaka. Czułam się wyczerpana, nie miałam na nic siły. Korytarz także przebyłam czworaka. Weszłam do swojego pokoju i otworzyłam szafę. Wyjęłam z niej pudełko po długich zimowych kozakach mojej mamy. Były w nim stare zdjęcia, które nie znalazły się w albumach. Wśród nich ukryte było jeszcze jedno pudełeczko, ale malutkie. Sięgnęłam drżącą dłonią po czarny przedmiot i zdjęłam wieczko. Znajdowały się tam trzy żyletki. Każda odpowiada za jedną straconą osobę bliską mojemu sercu. Wzięłam jedną z nich, a pudełeczko odłożyłam na bok. Oparłam się plecami o zamknięte drzwiczki szafy i podwinęłam rękaw.
„Poczekaj na Trinę. Nie rób tego. To nie jest rozwiązanie”
- Może i nie, ale pomoże zapomnieć – odparłam spokojnie przykładając zimną stal do lewego nadgarstka.
„Na chwilę!”
- Może, ale to jest to czego chcę. Nie powstrzymasz mnie.
„A Louis? Niall? Pomyśl o nich”
- Nie ma ich tutaj. Zanim wrócą nie będzie tego – moje opanowanie przerażało nawet mnie. Niecałe trzy miesiące temu było tak samo. Poczucie wstydu. Ból. Następnie rozpacz. Po jakimś czasie już nie będzie tak boleć. Pogodzę się z tym.
„Będą blizny”
- Nie zauważą ich. To nie jest coś czego się szuka. Są ważniejsze rzeczy niż moje blizny – przycisnęłam stal i przecięłam skórę. Pociągnęłam ostrze po nadgarstku i do razu za metalem pojawiła się dróżka krwi. Syknęłam z bólu, ale poczułam się trochę lepiej. Wiem, że to chwilowy stan, ale żeby pójść dalej na przód muszę to zrobić.
„To jest niedorzeczne i pozbawione sensu!”
- Tak trzeba.
„Nie, nie trzeba! Uroiłaś sobie coś!”
Uśmiechnęłam się robiąc kolejne dwie kreski. Ciche jęki zaczęły wydobywać się z moich ust, po czym zmieniły się we wrzask. Rzuciłam żyletkę przed siebie. Odbiła się od szyby w oknie i spadła na ziemię.
Zdjęłam koszulę i spodnie. Przyłożyłam palce prawej ręki do rubinowej substancji i po chwili kreśliłam wzroki na swojej talii. Głównie w miejscach, gdzie mnie dotykał. Chciałam w ten sposób pozbyć się tego uczucia. Ubrudziłam sobie jeszcze szyję i policzki. NIE CHCĘ CZUĆ JEGO DOTYKU NA SKÓRZE! CHCĘ SIĘ TEGO POZBYĆ! BYĆ WOLNA!
„Przestań! To nic nie da! Nie rozumiesz?!”
 

 
Luke zatrzymał się pod moim domem. Szybko zeszłam z maszyny i zdjęłam kask. Czułam, że mam napuchnięte i przekrwione oczy.
- Rob... - zaczął.
- Nie pytaj, błagam cię – załkałam spuszczając wzrok.
- Dobra, ale może zadzwoń po kogoś, co? Nie chcę, byś była sama, a jak nie to ja zostanę – zaproponował próbując złapać mnie za ramię, ale odskoczyłam. Ten odruch był dziwny. Przecież jego nie muszę się obawiać, jednak na towarzystwo faceta nie jest tym czego pragnę w tej chwili. Chcę się zamknąć, upić, wymazać sobie pamięć i zatrzeć z ciała odciski jego dotyku. Tam, gdzie mnie dotknął skóra mi płonie, jakby oblano mnie kwasem. Nie mogę zapomnieć tego uczucia. Tego wstydu, bezradności i strachu. Czuję się pozbawiona godności. Stałam się słaba od kiedy tu mieszkam...
- Nie, zadzwonię po Trinę. Dziękuję za podwiezienie – powiedziałam szybko i szybkim krokiem ruszyłam w stronę furtki.
- Nie ukrywaj tego w sobie. Zrzuć ten ciężar – zatrzymałam się w półkroku i stałam w ciszy czekając. - Jesteś najsilniejszą kobietą, jaką kiedykolwiek widziałem. Nie pozwól by inni spowodowali, że zaczniesz odczuwać jej brak.
- Gdybym była silna nie czułabym wstrętu do samej siebie – oznajmiłam stanowczo zaciskając pięści.
- Siłą nie jest pokazanie innych, że jest okay i niczym się nie przejmujesz, ale pokazanie innym prawdziwej siebie. Nie wstydź się uczuć i daj sobie pomóc. Zadzwonię – rzekł zatrzaskując szybkę kasku. Odpalił silnik i ruszył z piskiem opon. Drżałam, ale nie z zimna. Strach zawładnął całym moim ciałem. Bałam się, boję i będę bać. Strach jest oznaką słabości. Wiem, że Luke ma rację, ale znaczna część mnie nie może w to uwierzyć. To co się stało kilkadziesiąt minut temu nie pozwala mi myśleć logicznie.
„Miał rację. Jesteś silna. Dasz radę to przezwyciężyć. Mnie to też zabolało, też czuję się brudna, ale musisz dać radę. My musimy” głos drżał. Oboje czuliśmy to samo, ale mimo to próbuje wesprzeć mnie. Jesteśmy jednością, ale czy to wystarczy?
 

 
O dwudziestej wyszłam z lokalu. Nocne niebo było bezchmurne, a chłodny powiew wiatru owiewał mi twarz. Postanowiłam się trochę przejść. Ruszyłam powolnym krokiem, tym razem nie obserwując przechodniów.
Udowodnij to.
Udowodnij to.
Te słowa ciągle krążą po mojej głowie. Mimowolnie przejechałam kciukiem po swoich wargach. Po tych, które całował Louis. Po tych, które powiedziały te słowa, które mogą być jednocześnie dobre i niszczycielskie. Mam wyrzuty sumienia, ale co mogę poradzić na to, że go kocham? To co się teraz dzieje jest początkiem czegoś pięknego, ale to mogą być tylko moje wyobrażenia. Głupie fantazje, które tworzone w moim umyśle tylko zakłócają zdrowy rozsądek. On może równie dobrze się bawić moimi uczuciami. Ale po co? Przecież ma dziewczynę, jest szczęśliwy, po co miałby to robić? Co miałoby mu to dać? Satysfakcję? Z czego? Z zadania bólu słabej dziewczynie i ze zdrady? Nie. Louis taki nie jest. Nie mógłby. Hah... Przeczę sama sobie. Nie umiem już rozpoznać, co jest prawdą a co tylko moimi fantazjami. To wszystko jest takie do dupy!
Skręciłam w jedną z ciemnych uliczek, która była skrótem. Mimo że śmierdzi, to jest to bardzo ciche miejsce. Jakby oddzielone od miasta. Będąc tutaj można zapomnieć, że to centrum miasta. Tyle wspomnień...
Nagle poczułam ciężar czyjegoś wzroku na plecach. Po całym moim ciele przebiegł dreszcz, ale nie przyśpieszyłam, ani nie obejrzałam się. To mogła być tylko kolejne z moich wyobrażeń.
Nagle ktoś mocno pociągnął mnie do tyłu za ramię i przyparł do ceglanej ściany. Chciałam krzyknąć, ale zakapturzona postać zakryła mi usta dłonią. Zaczęłam drżeć ze strachu. Nie jestem silna. Tylko taką udawałam. Ściągnęłam maskę i teraz nie potrafię jej odnaleźć. Pomocy!
- Mówiłem, że to nie koniec – szepnął głosem, który był parodią pociągającego mruknięcia. „To nie koniec”... Nie... NIE!
- Zostaw mnie! - warknęłam ciągle mając jego dłoń na wargach. Zaczęłam się szarpać, ale przyparł całym swoim ciałem do mojego uniemożliwiając mi jakikolwiek ruch. - Proszę... - jęknęłam. Poddaję się?
„Nie! Nie możesz!”
- Oh, gdzie twój duch walki? - zaśmiał się kpiąco, a jego wolna ręka rozpoczęła wędrówkę po wewnętrznej stronie mojego uda. Próbowałam coś zrobić, ale on jest za silny. Poczułam jego usta na szyi. Jest pijany. Czuć od niego alkohol. Czy może być jeszcze gorzej?
- Jesteś pijany – oznajmiłam starając się stworzyć między nami jakiś dystans, abym miała jakiś cień szansy na ucieczkę. Boję się.
- To mi nie przeszkadza – naparł dłonią na moje krocze, przez co automatycznie zacisnęłam uda. - Rozluźnij się, bo nie będzie przyjemnie – zaśmiał się. Z moich oczu zaczęły wypływać łzy. Tak bardzo się boję. Czemu tędy nikt nie przechodzi, kiedy jest to potrzebne? Moje policzki były mokre, a łzy nie przestawały płynąć. Czuję się jak szmata.
- Odpierdol się ode mnie! - wrzasnęłam, po czym ugryzłam go w dłoń.
- Kurwo – syknął i kolanem rozchylił mi nogi. - Teraz zabawimy się inaczej – w jego oczach widziałam furię zmieszaną z podnieceniem. Ta mieszanka u niego nie jest dobra. Czemu poszłam na ten spacer?! Cholera!
- Pomocy! - krzyknęłam na całe gardło, ale przycisnął swoje usta od moich. Smakował jak tanie wino. Zacisnęłam mocno wargi, ale on się tym nie przejął. Pociągnął za poły koszuli i powyrywał guziki. Jedną dłonią zatkał mi usta, abym nie krzyczała, a jego wargi przyssały się do mojego dekoltu. Poczułam jego zęby i język. Zaczął robić mi malinki w różnych miejscach. Szarpałam się, ale on jakby się tym nie przejął pewny swojej „wygranej”. Wolna dłoń zaczęła wodzić po mojej odkrytej talii. Zsunął ją w dół i próbował odpiąć moje spodnie. Kurwa!
Krzyczałam, odpychałam go, szarpałam się z nim używając przy tym całej siły. Nie wiem ile jeszcze wytrzymam.
- Nie walcz z tym skarbie. Daj się ponieść – mruknął, a raczej wybełkotał. Po chwili, poczułam jak jego palce próbują dostać się za gumkę moich majtek. - Jesteś taka zapracowana. Pozwól, że pomogę ci się zrelaksować – z każdą kolejną minutą bałam się coraz bardziej, że nie zdołam się uwolnić. Teraz widzę jaki jest naprawdę. Nie wierzę, że to ten sam Spencer, który kiedyś stanął w mojej obronie. To jakiś odrażający potwór, który nie potrafi kontrolować swoich popędów. Spojrzał na mnie. Było ciemno, ale mogę się założyć, że jego źrenice są powiększone. Jeśli czegoś nie zrobię przegram. Nie mogę tego zrobić. Nie poddam się...
„Teraz masz okazję. Dawaj!” krzyknął głos i wykorzystując to, że stał w rozkroku i rozluźnił uścisk kolanem uderzyłam go w krocze. Schylił się żałośnie, a ja popchnęłam go na ścianę i ruszyłam biegiem w stronę ulicy. Zignorowałam fakt, że moje ubranie wygląda, jakbym uciekła gwałcicielowi. Idiotą będzie ten, który tego nie zauważy.
Gdy tylko znalazłam się na ruchliwej ulicy wpadłam na kogoś. Krzyknęłam i odsunęłam się. Drżałam. Nie chcę być dotykana. Nie po tym.
- Roberta, co się stało? - spytał przerażony Luke. Obejrzałam się, aby sprawdzić czy Spencer za mną nie pobiegł.
- Zawieź mnie do domu – załkałam obciągając poły koszuli, aby się zakryć.
- Chodź – położył dłoń na moich plecach, ale gdy się wzdrygnęłam zrezygnował z tego pomysłu. Proszę nie pytaj. Doszliśmy do jego motoru. Luke dał mi kask i kazał wsiąść. - Rob, musisz się mnie przytrzymać. To dla twojego bezpieczeństwa – mówił siedząc już przede mną odwracając się w moją stronę. Kiwnęłam głową. Jemu mogę zaufać. Prawda?
Chwyciłam się go mocno i z piskiem opon ruszyliśmy w stronę mojego domu. Tego pustego domu, w którym nie ma nikogo. Ja, cztery ściany i to poczucie brudu i obrzydzenia.
 

 
„Udowodnij mi to”
Powiedziałam to, ale nie wiem czy dobrze zrobiłam. Sama bym nie umiała udowodnić komuś swoich uczuć, więc czemu oczekuję tego od niego? Jednak, jakby się nad tym głębiej zastanowić to jest sposób, aby pokazał mi, że nie kłamie. Niech zerwie z Eleanor. Wtedy będę jego. Tylko jego. Mogłam to powiedzieć, ale nie zrobiłam tego. Bałam się. A jeszcze bardziej się boję, że to wszystko jest jednym wielkim kłamstwem. Są teraz w trasie. Nie wiem co robi Louis. Czy dzwoni do niej? Czy mówi, że ją kocha? Czy tęskni za nią? Nie mam odwagi zadzwonić pierwsza. Skoro już powiedziałam, że ma udowodnić niech pierwszy wykona ruch. Nie będę go w niczym wyręczać. O nie...
„Obietnice bez pokrycia”
„Dam radę!”
Powtarzam to sobie cały czas. Mówią, że często powtarzane kłamstwa stają się prawdą. Jak na razie idzie świetnie. Tylko jestem trochę samotna. Sama, w tym wielkim domu. Staram się przebywać jak najdłużej poza domem. Bez nich jest tam tak cicho. Ta cisza rani moje uszy. Skoro teraz czuję się strasznie, co będzie, jak naprawdę zostanę sama na tym świecie? Bez nikogo? Kłamstwo, które ma robić za prawdę nic nie pomoże. Czuję się taka słaba, za każdym razem, gdy o tym myślę.
„To nie myśl”
Łatwiej powiedzieć niż zrobić...

Oparta na łokciach na blacie patrzę w szklane drzwi. Jakby to miało pomóc przyciągnąć klientów. Jest piątek wieczór, a na sali są tylko dwa zajęte stoliki. Zaczęłam stukać palcami o drewno.
- Musimy mieć reklamę – po raz kolejny te słowa uciekły z ust Julie. Piłowała sobie paznokcie, choć i tak miały idealny kształt. Pomalowane lakierem o barwie pudrowego różu. Automatycznie spojrzałam na swoje. Nie wyróżniały się od innych zwykłych paznokci. Ostatni raz, gdy miałam je pomalowane miałam jedenaście lat. W dniu śmierci mojej mamy też miałam.
„Pasują ci teraz do oczu” skomentowała mama. Gdy umarła jakoś niespecjalnie mnie ciągnęło do manicuru. Robię go, tylko gdy muszę.
- A skąd weźmiesz na to pieniądze? - zapytał Luke po raz kolejny.
- Nie wiem – i tak wyglądała ta rozmowa. Westchnęłam znudzona. - Roberta, może pogadasz z One Direction? – przewróciłam oczami. Zawsze traktowała ich, jak zespół, a nie jako moich przyjaciół.
- Są w trasie. Jeśli chcecie zrobić z nich twarz kawiarni to sami skontaktujcie się z ich managerem. Nie będę wam ułatwiać sprawy – powiedziałam oschle. Taki humor towarzyszy mi od tego dnia nad jeziorem.
- Ale jesteś częścią załogi! - jęknęła Julie.
- Ale to nie mój pomysł, to po pierwsze, a po drugie, już za dużo dla mnie zrobili i nie mam zamiaru ich więcej wykorzystywać.
- To nie jest wykorzystywanie, tylko prośba o pomoc – szatynka upierała się przy swoim.
- Julie! - warknął Luke, przez co zwrócił na siebie uwagę klientów. - Przynajmniej okaż trochę współczucia i postaw się na jej miejscu. Ona nie jest tobą, aby żerować na przyjaciołach – wysyczał równocześnie wbijając nóż w serce Australijki.
- Lu-Luke – jej warga zadrżała, a w oczach pojawiły się łzy. Otworzyła usta, aby coś jeszcze powiedzieć, ale zrezygnowała z tego i ruszyła na zaplecze.
- Przesadziłeś – oznajmiłam.
- Jej egoizm jest irytujący – westchnął przeczesując włosy.
- Jeśli jej miłość jest prawdziwa, to ci wybaczy – szepnęłam, aby on nie usłyszał.
- Wiem – usłyszał?
- Ty wiesz?
- Nie trudno to przegapić – wzruszył ramionami.
- Jesteś świnią – syknęłam. - Wiedząc to, mówisz takie rzeczy? - byłam wściekła. Może i Julie jest irytująca, ale moja duma nie pozwala na takie zachowanie w stosunku do niej, bo jest do jasnej cholery dziewczyną!
- Ja tylko się upewniam, czy to prawdziwe uczucie.
- Hah, po takich słowach pewnie upijałabym się teraz pod jakimś sklepem i zaczęła cię nienawidzić – zaśmiałam się.
- Nawet gdybyś naprawdę kochała? - spojrzał na mnie unosząc brwi.
- Wtedy byłoby gorzej. Przeklinałabym dzień, w którym cię poznałam. Próbowałabym się zaćpać, aby zapomnieć, ale mimo to nie przestałabym cię kochać – wyznałam patrząc na czubki swoich butów.
- Mówisz to z taką pewnością...
- Bo już to przeżyłam – spojrzałam na niego z lekkim uśmiechem. - Jednak wiem, że źle zrobiłam. Przestałam go kochać, a zaczęłam nienawidzić. Mimo to, jestem pewna, że ta miłość była prawdziwa. Ja jestem przyzwyczajona do tego, że ludzie mnie opuszczają, ale nie Julie. Ona była wychowana w zupełnie innych warunkach – Luke patrzył na mnie, ale jego myśli były zupełnie w innym miejscu. - Idź i ją przeproś – przytaknął, ale się nie ruszył. - Po dobroci czy siłą? - uniosłam brwi i skrzyżowałam ręce.
- Idę, idę – potrząsnął głową i skierował się na zaplecze.
- Luke – zawołałam, zanim zniknął za drzwiami. Odwrócił się w moją stronę. - Nigdy więcej nie porównywaj dziewczyn do siebie. Każda jest inna, pamiętaj – puściłam mu oczko. Luke się uśmiechnął i zniknął na zapleczu. Ach ta miłość...
 

 
Nie wiem, jak nazwać to, co robię... Chcę go przy sobie mieć. Ciągle, zawsze, najbliżej. Mimo to ciągle tworzę wokół siebie mur. Jest tyle rzeczy, które chciałabym zrobić, ale wiem, że nie mogę. Bo on nie jest mój.
Moja podświadomość ciągle pcha mnie do przodu, abym coś zrobiła, bo mam szansę. Czemu ona to widzi, a JA nie? Bo to tylko moje domysły. Wydaje mi się, że to nienormalne, że rozmawiam ze swoim sumieniem. Każdy je ma, ale nikt z nim nie rozmawia! Tym bardziej, że ono najwyraźniej nie jest po mojej stronie. Wmawia mi coś, co nigdy nie powinno mieć miejsca, a ja... Czuję, że się poddaje. Dlatego ten mur, ten dystans. Nie chcę zrobić czegoś głupiego. Nasza przyjaźń jest dla mnie ważna, a przez jedno małe głupstwo może się rozpaść, a ja tego nie chcę. Taka relacja mi wystarczy, ale na jak długo? Czuję się słabsza. Tracę tą energię. Mogłabym całe dnie przeleżeć pod kołdrą. Czy to kiedyś minie? A to nie tak, że jestem zdruzgotana nieodwzajemnioną miłością, jestem zmęczona, po prostu... Praca, sen, praca, sen, praca, sen... A pomiędzy chwila na posiłek. To przez to.
Nie mogę jednak zrozumieć jednego... Czemu Louis tak dziwnie się zachowuje?
To wydarzyło się w środę wieczorem, jak wróciłam z pracy...

„Kolejny męczący dzień już za mną. Był zbyt męczący. Przecież nic takiego nie robiłam! Nie powinnam się czuć tak zmordowana. Ale czemu czuję się, jakby przejechał mnie autobus?
„Bo to nie wysiłek fizyczny cię męczy... Twoja psychika za bardzo pracuje, bo chcesz przestać go kochać” No tak... i jeszcze „ona”.
„A może próbuję sprawić, abyś umilkła?” Wchodzę do swojego pokoju i pierwsze co robię to wchodzę do łazienki.
„Hahahaha nie ma tak dobrze. Nie uwolnisz się ode mnie. Nigdy!”
Pomasowałam skronie, aby choć trochę stłumić rozchodzący się po głowie ból. Westchnęłam, gdy to nic nie dało. Zaczęłam rozpinać swoją koszulę. Gdy wylądowała na ziemi spojrzałam w lustro.
- Cholera – warknęłam, gdy ujrzałam swoje żebra. Niedawno się ich pozbyłam. Utrzymywałam odpowiednią wagę. Muszę przytyć...
„I nagle świat zamilkł” ta uwaga była co najmniej nie na miejscu. Przewróciłam oczami i zdjęłam spodnie. Za nimi poszły skarpetki, stanik i majtki. Związałam frotką włosy w koka i weszłam do kabiny. Odkręciłam kurek i ciepła woda oblała całe moje ciało.
- Tego było mi trzeba – westchnęłam wcierając w ramie żel. Odprężyłam się. Zamknęłam umysł na wszelkie zmartwienia i obawy. Tylko przyjemność z prysznica. Po kilku długich minutach wyszłam na zimne kafelki. Wytarłam się i owinęłam ręcznik wokół talii. Wyszłam z łazienki i otworzyłam jedną z szuflad. Wyjęłam z niej koszulkę taty z... Nawet nie wiem co to jest, ale przypomina kościotrupa motocyklistę. Schyliłam się, aby z najniższej szafki wyciągnąć majtki, gdy nagle drzwi mojego pokoju się otworzyły.
- Hej, Rob – ma cela, nie ma co. - Przepraszam. Ha! Szczęście w nieszczęściu – zaśmiał się.
- Nie rozumiem? - to była prawda.
- Szczęście, bo to ja zawsze trafiam na taki moment, a nieszczęście... zresztą nie ważne – machnął ręką.
- Dla mnie ważne – poprawiłam ręcznik, aby się nie zsunął i skrzyżowałam ręce na piersi.
- Serio. To tylko głupie gadanie – zaśmiał się nerwowo. Jego coś trapi.
- Czy coś się stało? - zapytałam.
- Nie. Chciałem tylko spytać, czy dziś byś u mnie nie spała, bo chciałem o czymś z tobą porozmawiać – uśmiechał się, ale jego oczy nadal tego nie okazywały. O nie! O wie! Chce mi pewnie powiedzieć, że mam sobie darować, bo nigdy nic do mnie nie poczuje... Ale jednak mam plany na tę noc.
- Kurde, nie mogę – na mojej twarzy pojawił się grymas. - Bo ja obiecałam Harry'emu, że...
- Ha-Harry'emu? - przerwał. - Aha, okay. Rozumiem. Nie będę cię od niego odciągał – parsknął. Co z nim, do cholery, się dzieje?!
- Że co proszę? - wybałuszyłam oczy.
- To co słyszałaś. Przecież widać, że między wami coś jest. Skoro chcecie być sami...
- Pogięło cię?! - wybuchłam wyrzucając ręce w górę, przez co ręcznik spadł. Louis wstrzymał oddech, a na twarzy pojawił się rumieniec. Nigdy nagiej dziewczyny nie widział?!
„Może widział, ale nie ciebie”
Szybko jak tylko mogłam poprawiłam ręczni i na wszelki wypadek trzymałam jego rąbek, aby to już się nie powtórzyło.
- Przepraszam – wymamrotałam. - O co ci chodzi, Louis? Skąd ci w ogóle przyszło do głowy, że ja i Harry...
- Myślisz, że nie wiem co się stało, gdy byłaś z Harry'm w jego pokoju, podczas tego konkursu? - wyszczerzyłam oczy. Styles ma za długi jęzor. - Od razu widać, że coś się dzieje.
- Nic się, kurwa nie dzieje! Nie możesz tego zrozumieć?! - to ciebie kocham. To z tobą chcę być. Harry to tylko przyjaciel. - Czemu masz z tym problem?
- Nie mam – prychnął odwracając wzrok.
„Czy on ma...”
„JAPA!”
Widzę przecież. Nie jestem ślepa. Jednak teraz nie mogę czuć satysfakcji, że ja się przyczyniłam do jego wzwodu. Pewnie każdy facet tak reaguje na kobietę w negliżu.
- No chyba tak. Do Nialla nie masz zastrzeżeń – moja irytacja całą tą kłótnia wzrasta z każdym kolejnym słowem.
- Bo z nim się nie całowałaś! - wrzasnął, a mi serce stanęło. Otworzyłam usta, ale nie wyleciały z nich żadne słowa. Louis zbladł, jakby właśnie zdał sobie sprawę co powiedział. Bez słowa odwrócił się i wyszedł. Ręka, którą trzymałam ręcznik opadła wzdłuż ciała, a sam materiał opadł na ziemię. Co to było? Czy on jest zazdrosny? Nie...
„Pewna jesteś?”
- Zamknij się! Chociaż przez chwilę bądź cicho! - wrzasnęłam i nagle zdałam sobie sprawę, że każdy mógł to usłyszeć. Świetnie!
Ubrałam się i zgasiłam światło w łazience. Rozpuściłam włosy i poszłam do pokoju Harry'ego. Zapukałam, a gdy usłyszałam potwierdzenie weszłam.
- O hej – Harry się uśmiechnął. - Wybrałem już kilka filmów...
- Harry, ja dziś będę spała u siebie – przerwałam mu spuszczając głowę.
- Czemu? - zapytał przechylając głowę w prawo.
- Głowa mnie boli – to nie było kłamstwo.
- Może chcesz jakąś tabletkę? - spytał podchodząc do mnie. Jego dłoń znalazła się na moim czole, aby sprawdzić, czy mam gorączkę.
- A gdzie są?
- W kuchni w górnej szafce obok lodówki. Na szczęście nie masz gorączki.
- Może innym razem obejrzymy te filmy. Przepraszam, Harry – nie było mi przykro, tylko ze względu na odwołane plany. Pewnie wszystko słyszał.
- Nie szkodzi – pocałował mnie w policzek.
- Dobranoc – odparłam i już byłam za progiem, gdy Harry znów się odezwał.
- On czasem ma swoje okresy, ale to minie. Gdy wszystko sobie poukłada będzie jak wcześniej – wiedziałam o kim mówił. Stanęłam w miejscu i się nie odzywałam. - Nie przejmuj się nim.
- Tak... aha... okay – wyjąkałam i ruszyłam do kuchni. Otworzyłam górną szafkę obok lodówki i zaczęłam szukać tych tabletek. Gdy wreszcie znalazłam wzięłam jedną do ust. Odkręciłam wody i pochyliłam się nad zlewem, aby się napić. Opakowanie z powrotem schowałam do szafki. Oparłam się o blat. Zacisnęłam palce na drewnie i ciężko oddychałam. Zwykle w takich właśnie chwilach sięgałam po narkotyki. Byłam słaba. Sądziłam, że one mi pomogą, a przysporzyły mi tylko problemów. Naiwne dziecko dało się wciągnąć w gówno. A kiedy postanowiłam z niego wyjść, „przyjaciele” odeszli. Nigdy jakoś specjalnie nie uważałam ich za przyjaciół, bardziej kumpli. Mimo to bolało, gdy mnie zostawili. Tylko czekam, aż zostanę sama. Każdy odejdzie, a ja zostanę.

Odepchnęłam się od blatu i wróciłam do siebie. Kuło mnie w sercu, ale nie na tyle mocno, abym straciła oddech. Weszłam do pokoju i rzuciłam się na łóżko. Opatuliłam się kołdrą i zamknęłam oczy. Chciałam zasnąć, ale nie mogłam. Mijały minuty, godziny... Zerknęłam na zegarek.
2:17
Szlag!
W mojej głowie panoszą się myśli, których być nie powinno. Chciałabym się wyłączyć, ale nie potrafię. Wstałam i podeszłam do szafy. Otworzyłam lewe drzwiczki i z rogu drewnianego mebla wyciągnęłam złote, metalowe pudełko. Wróciłam do łóżka i usiadłam po turecku na jego środku i okryłam się kołdrą. Zdjęłam wieczko i wyjmowałam z pudełka wszystko po kolei. Nie potrzebne mi było światło. Księżyc w pełni, którego blask wpadał do pokoju dawał wystarczające oświetlenie. Ech... Delikatnie podniosłam strzykawkę i obracałam ją w dłoni. Tak w ogóle, to po co mi to? Powinnam to wyrzucić. Nie jest mi to potrzebne. Niby zostawiłam, aby pomagała mi się otrząsnąć i przypomnieć, że przez to spadłam na dno. Jednak prawda jest taka, że wystarczy, abym pomyślała o rodzicach. O tym, jak są zawiedzeni. Jestem jedynaczką. Nie mają z kogo być dumni. Może lepiej, jakby mnie nie było. Odłożyłam strzykawkę na materac obok pudełka i wyjęłam zdjęcia, które tak były. Niektóre były zrobione jeszcze, gdy moja mama była zdrowa. Byliśmy szczęśliwi. Nie ważne, co się stanie, zawsze razem. Trzej muszkieterzy. Wtedy byłam szczęśliwa.
Fotografie, które już obejrzałam wkładałam z powrotem do pudełka. Na dłużej zatrzymałam się na zdjęciu mojej mamy, kiedy już było wiadomo, że ma raka. Uśmiechała się, ale teraz umiem dostrzec w jej oczach strach i smutek. Odkąd pamiętam mama bała się śmierci. Zawsze była ostrożna. Robiła wszystko, aby nic się nie stało. Bała się odejść. A kiedy się pogodziła, że to kiedyś musi nadejść, po prostu przestała walczyć. Poddała się na oczach jedenastoletniej córki, dla której była przykładem. Jestem taka sama. Każdy kto znał moją mamę mi to mówił. Te same oczy, ten sam uśmiech, sposób bycia... Tak było kiedyś, ale się zmieniłam. Ludzie mnie zmienili. A co jeśli też przyjdzie mi umrzeć za wcześnie? Też się z tym pogodzę i się poddam? Jak ona?

Usłyszałam kroki. Szybko wszystko schowałam do pudełka, ale spadło. Echo trzasku rozniosło się po pokoju. Rzuciłam się na poduszkę i zamknęłam oczy. Drzwi się otworzyły i ktoś wszedł do pomieszczenia. Ciche westchnięcie wymsknęło się z jego ust. Podszedł do łóżka i pogładził mnie delikatnie po włosach. W miejscu, w którym mnie dotknął poczułam ciepło. To był Louis. Przynajmniej chciałam w to wierzyć.
- I co ja mam z tobą zrobić, maleńka? - Louis... Mimo zamkniętych oczu łzy walczyły o wolność. Nienawidzę, gdy ktoś mówi na mnie „mała”, „malutka” itp. Ale, kiedy on to powiedział czułam się... Kochana? Nie... To tylko moja wyobraźnia. Co nie zmienia faktu, że zrobiło mi się cieplej w duszy. Zabrał dłoń i usiadł przy łóżku opierając się o jego ramę. Mogłabym teraz wyciągnąć rękę i go dotknąć, ale nie mogę. Lepiej będzie, gdy będzie myślał, że śpię. Chcę, żeby tu został.
- Hmm? - mruknął i podniósł pudełko. Szlag! - Czemu? - szepnął. - Co ją do tego ciągnie? - szepcze, aby mnie nie obudzić. Tylko czemu nie może mówić w myślach? - Muszę to zab... - przerwał i usłyszałam szelest papieru i cichu stukot strzykawki. Patrzył na zdjęcia. Już się nie odezwał. Siedział tak w ciszy i oglądał stare fotografie. Nagle wstał. Zdjęcia odłożył na szafkę, a pudełko z zawartością nadal trzymał w ręku. Zabierze to. Nachylił się i pocałował mnie w czoło.
- Dobranoc, maleńka – czemu tak mówi? Nigdy się tak do mnie nie zwracał. Mam zacząć się bać?”

Jest sobota. Od tamtej pory z Louisem wymienialiśmy między sobą tylko krótkie zdania. Nasze relacje się zmieniły i to mnie boli. Co ja takiego zrobiłam źle?
Ale wróćmy do dnia dzisiejszego. Nie wiem, która jest godzina i jakoś nie chce wiedzieć. Mam wolne, a to znaczy, że mogę się wyspać. Nagle ktoś wszedł do pokoju, ale ja to olałam. Nie obchodzi mnie to. Może się palić, walić, ja nie wstanę!
Materac obok mnie się ugiął pod ciężarek jakiegoś upierdliwca.
- Kochanie – mruknął mi do ucha, a mnie przeszły dreszcze. - Pobudka.
- Spierdalaj, stary dziadzie – prychnęłam nawet na niego nie patrząc.
- Pożałujesz! - krzyknął i ściągnął ze mnie kołdrę, po czym wziął na ręce. Szybki jest, pierun.
- Puść mnie, Styles, bo zabiję! - kręciłam się, przez co stracił równowagę i upadł na ziemię. Szczęśliwie spadłam na niego. Usiadłam okrakiem na jego biodrach i się nachyliłam. - I kto teraz jest górą, stary dziadzie? - spytałam, ale szybko znalazłam się pod nim.
- Mówiłaś coś? - mruknął i pocałował mnie w szyję. Jego ręce znalazły się na mojej talii.
- Chcę ci tylko przypomnieć, że jestem nieletnia. Spróbujesz jakichś sztuczek, a będziesz miał na karku prokuraturę. Mam wtyki w policji – ostrzegałam z udawanym przerażeniem.
- Nie zrobisz tego, kochanie – mruknął cmokając mnie w nos. Ten gość mnie wkurwia, ale to zabawne.
- Co się tu... - zaczął Zayn wchodząc do pokoju, ale zatrzymał się wpół kroku.
- O co tyle hałasu? - zapytał Niall stojąc zaraz za mulatem. - Chryste – Zayn natychmiast zakrył mu oczy dłonią.
- Chodź, Niall. To nie są widoki dla takich jak ty – powiedział, a ja wybuchłam śmiechem.
- Co to ma znaczyć! - krzyknął, ale dał się wyprowadzić.
- Złaź grubasie – prychnęłam próbując zrzucić z siebie Harry'ego.
- A jeśli nie? - droczył się ze mną.
- Zabiję cię – zmarszczyłam brwi starając się wyglądać złowrogo. Jednak Harry się tylko zaśmiał i wstał.
- Idziemy na śniadanie, chodź – powiedział, a ja wyciągnęłam ręce w jego stronę.
- Zanieś mnie.
- A ktoś tu nie chciał być dotykany przeze mnie – uśmiechnął się chytrze.
- Leżenie na kimś, a noszenie na rękach to dwie różne sprawy – wyjaśniłam.
- Dobra – mruknął. Jedną rękę położył na moich plecach, a drugą umiejscowił pod kolanami, po czym z łatwością mnie podniósł. - Schudłaś – oznajmił lekko zaniepokojony.
- Nie celowo przecież. Zamierzam przytyć – uśmiecham się. - A teraz Haroldzie zanieś mnie na posiłek, bo każe cię schłostać – powiedziałam jak księżna z filmów o rycerzach, zamkach i smokach.
- Tak, moja pani – odpowiedział tym samym tonem.
- Nie pozwoliłam ci na mnie patrzeć – próbowałam powstrzymać śmiech.
- Przepraszam, pani – wybuchnęliśmy śmiechem. Na schodach oplotłam jego kark ramionami. Przed wejściem do kuchni Harry mnie odstawił. Strzepałam niewidzialny kurz z koszulki i spojrzałam na niego.
- Dziękuję ci, Haroldzie. Pozwalam ci zjeść posiłek.
- Dziękuję za twoje miłosierdzie, milady – pokłonił się, a ja zaczęłam się śmiać.
- Co to za cyrk? - zapytał Louis, który właśnie się pojawił za mną. Przeszedł mnie dreszcz. Jego ton głosu był taki zimny. Ile jeszcze ten jego szczególny okres będzie trwał?
- Tak tylko się wygłupialiśmy. Trochę żartów z rana jeszcze nikogo nie zabiło – powiedziałam nie patrząc mu w oczy. Weszłam do kuchni i usiadłam na moim miejscu przy wysepce pod ścianą. Oparłam się o nią i chwyciłam kanapkę, która leżała na talerzu na środku blatu. Louis zawsze siedział obok mnie. Teraz też tak było.
- Jedziemy nad jezioro – wypalił Liam. Wzięłam łyka gorącej herbaty.
- Bawcie się dobrze – powiedziałam bez większych emocji. Zastanawiało mnie zachowanie Louisa. Czemu taki był? Ja zrobiłam coś źle? Pokłócił się z kimś? Z Eleanor?
- Ty jedziesz z nami – oznajmił Niall.
- Ę? - mruknęłam z pełnymi ustami.
- Nie będziesz tu sama siedzieć. Chyba, że już znudziła cię nasza obecność – odparł Horan udając zasmuconego. Przełknęłam z trudem bułkę.
- Kpisz sobie ze mnie? Nigdy mi się nie znudzicie. Ale myślałam, że dzisiejszy dzień spędzę pod kołdrą.
- Po wylegiwać się możesz na plaży – burknął Louis. Co z nim? Nadal jest zły o Harry'ego? Tylko czemu?
„Przecież wiesz”
- A Perrie, Danielle i Eleanor też jadą? - zapytałam. Nie miałabym nic przeciwko towarzystwa dziewczyny. Pomijając El, oczywiście.
- Nie. Tylko nasza szóstka – odpowiedział Zayn przystawiając do ust kubek z kawą.
- Aha, oki. Na którą mam być gotowa?
- Punkt jedenasta wyjazd – rzekł Liam.
- Zapowiadali cały dzień upał, ale w nocy może być zimno, więc weź bluzę – powiedział Louis, gdy wychodziłam z kuchni.
- Taa, jasne – zbyłam go i weszłam na schody. Czemu on jest wobec mnie taki oschły? Niech się cieszy, że nie robię mu afery o kradzież. Pacan!
Wzięłam szybki prysznic i od razu założyłam swój czarny strój kąpielowy. Wsunęłam na pośladki jeansowe shorty z motywem flagi USA.
- Cholera – mruknęłam. Poszukałam jakiegoś paska. Na serio muszę przytyć. Jeśli tak dalej pójdzie wszystko będzie na mnie wisieć jeszcze bardziej niż teraz. Gdy już z paskiem na biodrach wróciłam do łazienki, aby założyć białą, lekko prześwitującą, bluzkę z rewolwerem. Opadła z prawego ramienia, przez co mój lewy bok był odkryty. Fajnie to wygląda. Wsunęłam na stopy białe podróbki vansów i wyszłam z łazienki. Za półgodziny wyjeżdżamy, więc nie muszę się śpieszyć. Bosko!
Do torby spakowałam dwa ręczniki, bieliznę na zmianę, bo przecież nie będę wracała z mokrym tyłkiem, szarą bluzę. Myślę, że tyle mi wystarczy. Związałam włosy w wysokiego kucyka, chwyciłam telefon i zbiegłam na dół. Na moje (nie)szczęście Louis już tam siedział i oglądał jakiś nudny program przyrodniczy. Usiadłam obok niego i wgapiałam się w ekran, ale nie rozumiałam nic. Byłam pogrążona we własnych myślach. Co zrobiłam źle? Czemu mnie unika? Czemu jest taki oschły? Czy coś się stało? Może coś poważnego, a ja bluzgam na niego w każdy możliwy sposób. Czuję się wściekła, ale zarazem smutna, bo nie mogę mu pomóc. Cholera!
- Przepraszam – to jedno słowo wyrwało mnie z zadumy. Odwróciłam głowę w jego strony. Wpatrywał się w swoje kolana, jakby były nad wyraz ciekawe.
- Za co? - zmarszczyłam brwi.
- Za to, że przez ostatnie kilka dni byłem wobec ciebie taki oschły. Nie potrafię sobie poukładać kilku spraw i wyżywam się na was, a zwłaszcza na tobie. Nie chcę, aby nasze relacje ucierpiały, bo ja sobie nie radzę – spojrzał na mnie. Jego oczy były takie smutne. Moje serce się zatrzymało. Chciałabym wziąć na siebie jego żal, scałować ten smutek z twarzy, aby znów móc ujrzeć jego piękny uśmiech. Wpatrywać się w jego oczy, aby znów ujrzeć w nich tą radość, która powoduje motylki w moim brzuchu. Chcę znów poczuć jego dotyk na skórze, jego ciepły oddech na karku, jego usta na moich...
- Louis... - jęknęłam i wtuliłam się w niego. Mocno oplotłam rękami jego szyję, aby mieć go jak najbliżej. Chwilę później poczułam jak mnie obejmuje. Chciałabym już zawsze znajdować się w jego ramionach. Poczuć się bezpieczna i kochana. Czuć to ciepło osoby, która cię kocha, a ja kocham ją. Oczywiście mogę sobie tylko wyobrażać. W rzeczywistości to tylko ja kocham. Kiedy zostanę sama zostanie mi tylko wspomnienie jego dotyku i wyobrażone słowa, które chcę od niego usłyszeć, ale nigdy nie usłyszę. Bo on mnie nie kocha.
- Nie jesteś zła? - zapytał szeptem, a jego oddech odbił się o moją szyję przyprawiając mnie o gęsią skórkę. Reakcja mojego ciała i umysłu na jego, choćby najmniejszy gest jest przerażająca. Przecież nie można tak reagować na zajętego faceta! Nie chcę być zdradzana, a i sama nie mam zamiaru być przyczyną zdrady, ale on ma w sobie jakiś magnes, przez który nie potrafię się opanować. Nieświadomie przyłożyłam wargi do jego szyi. Nie całowałam, nie muskałam. Tylko je tam przytrzymałam. Tyle musi mi wystarczyć. Louis wziął głębszy oddech, ale mnie nie odepchnął, ani nie nakrzyczał pytając: „Co ty sobie wyobrażasz?! Ja mam dziewczynę, którą kocham i mam zamiar się z nią ożenić, więc daruj sobie!”. Natomiast zacieśnił uścisk i dodatkowo zaczął gładzić mnie po włosach. Nie chcę użalać się nad sobą, ale to jest trudne. Bo jak można żyć obok miłości twojego życia wiedząc, że on nigdy cię nie pokocha? Nigdy nie pomyśli o tobie w ten konkretny sposób? Nieważne co zrobisz, jak bardzo się zbliżysz, on i tak weźmie to jak przyjacielski gest. To tak kurewsko boli, ale nie mogę sobie pozwolić na łzy.
- A wy co? - na głos Harry'ego od razu odskoczyłam od Louisa. Tomlinson zmarszczył brwi. Spojrzał na mnie, to na Hazzę i znów na mnie. - Pogodziliście się już? - spytał z uśmiechem.
- Tak – odparłam i pocałowałam Louisa w policzek. Chciałabym scałować tą zmarszczkę na jego czole. Aaaa! O czym ja myślę? Ja się miałam nie zakochiwać to raz, a dwa za wcześnie na miłość. Ewentualnie fatalne zauroczenie w zajętym, sławnym facecie. Ale, mimo to ciągle zajmuje moje myśli. Muszę się otrząsnąć.
- MACIE JESZCZE DOKŁADNIE MINUTĘ, ABY SIĘ TU ZNALEŹĆ! - wrzasnął Liam wchodząc do domu.
Kilka minut później siedzieliśmy już w ich czarnym mini vanie i byliśmy w drodze. Przed nami półtora drogi. Niall prowadzi, obok niego zajął miejsce Louis. Z tyłu są dwa rzędy równoległych siedzeń zwróconych do siebie. Tyłem do kierowcy siedzą Liam z Zaynem. Ja natomiast leżę na siedzeniu z głową na kolanach Harry'ego. Zamknęłam oczy, ale moje plany o śnie zniweczył dźwięk mojego telefonu. Jęknęłam i sięgnęłam po niego. „Marta” widnieje na wyświetlaczu.
- Mogę odebrać? - spytałam.
- Tak – odpowiedzieli chórem.
- Hej, skarbie! - krzyknęła. Czyli rozmawiamy po polsku, okay.
- Ty żyjesz?! - udałam zdziwioną. Chłopaki spojrzeli na mnie. Ha! Nie ma tak dobrze. Nie będzie podsłuchiwania!
- Widzisz jaka niespodzianka – zaśmiała się.
- A czemu po polsku?
- Bo musisz się wprawić – mogę przysiąc, że właśnie się szczerzy jak głupia.
- Taaa... Czy to cię usatys... ustafy... Kurwa! - biegle mówię po polsku, ale jednak nadal mam problem z trudniejszymi do wymówienia słowami. Pociesza mnie myśl, że wielu Polaków też ma z tym problem.
- Usatysfakcjonuje. Tak. A! Dzwonię, bo mam dla ciebie nowinkę.
- Jaką?
- Jesteś gwiazdą!
- Hę?
- W Bravo o tobie piszą. Wtorkowe wydanie zawierało materiał dodatkowy o tym, że pewna czerwonowłosa fanka, która wygrała konkurs wprowadziła się do One Direction. I jeszcze piszą o twoim niby-romansie z Harry'm.
- Kurwa, szybko się dowiadują. A czemu dopiero teraz mi mówisz?
- Bo miałam dużo na głowie, a tym bardziej moja sąsiadka zaczęła mi lizać dupę, abym cię z nią poznała kiedy przyjedziesz.
- Hahahaha! Ile ma lat? - ułożyłam się wygodniej na plecach. Harry zaczął z nudów bawić się moimi włosami. Ukradkiem ujrzałam, że Louis się co chwilę nam przygląda. I znów się zacznie. Ale mógł usiąść ze mną, a nie pchać się na przód.
- Trzynaście. Jest wielką fanką One Direction. Ciągle o nich nawija.
- Współczuję ci. Ja tylko czekam, aż zaczną mnie wyzywać od szmat, bo z nimi mieszkam.
- Taa... Czytałam coś na twitterze, że to nie fair, wyzywały cię, że zranisz Harry'ego i tak dalej. Ale są też takie, które cię wspierają.
- Nie muszą mnie lubić. Wisi mi to – przewróciłam oczami.
- Aha – mruknęła.
- Zostawmy przeszłość za sobą, dobra? - spytałam zirytowana.
- Okay, zjeżdżamy na niewłaściwy tor... To co robisz? - zmieniła temat.
- Jedziemy nad jezioro. Nie pozwolili mi spać, chamy – westchnęłam.
- A są z wami...
- Nie! Tylko nasza szóstka – przerwałam jej.
- Fajnie. Ej, weź wyciągnij go na spacer. Pójdziecie brzegiem jeziora, blisko siebie, wasze dłonie co jakiś czas będą się zderzały, aż w końcu się złapiecie i...
- Weź ty się Sławkiem zajmij, co? Albo napisz powieść, skoro tak bardzo chce ci się romansu – burknęłam.
- Ale ja chcę waszego! - jęknęła jak naburmuszone dziecko.
- Nie doczekasz się – posmutniałam. - Też bym chciała, przecież wiesz, ale to się nie stanie.
- Skąd wiesz, co on czuje?
- Bo wiem.
- Spytałaś?
- Emm... Nie.
- To nie wmawiaj sobie, że tak jest.
- Ale on ją kocha.
- Ale wybrał ciebie – przypomniała.
- Skończmy ten temat. Lepiej mów, co tam u naszych?
- Pamiętasz o urodzinach Maćka, w poniedziałek? - odpowiedziała pytaniem.
- Tak.
- Chciałby, żebyś była.
- Wiem. Też bym bardzo chciała, ale nie mogę. Jak przyjdę wynagrodzę mu to.
- Wynagrodzisz, tak? - zapytała jednoznacznym tonem.
- Zboczona jesteś! - zaśmiałam się.
- Przyganiał kocioł garnkowi – odcięła się. - Ja nie śnie o seksie z miłością mojego życia – Harry spojrzał na mnie z uniesioną brwią. Czemu seks w obu językach wymawia się tak samo i znaczy to samo?
- Kompromitujesz mnie – odparłam udając wkurzoną.
- Przecież nie rozumieją – zdziwiła się.
- Ale seks w obu językach to to samo, skarbie – cmoknęłam do słuchawki.
- Ups – wybuchła śmiechem.
- Ale mów dalej...
Rozmawiałyśmy tak do końca drogi. Rozłączyłam się, gdy wysiadałam z auta.
- Mam nadzieję, że wam nie przeszkadzałam, ani nic – zaczerwieniłam się.
- Nie. Starałem się zrozumieć cokolwiek, ale nie wyszło – przyznał Zayn.
- Ja zrozumiałem tylko „seks” - Harry się wyszczerzył.
- Każdy to zrozumiał, głąbie – Louis żartobliwie uderzył przyjaciela w tył głowy. Uśmiechnęłam się pod nosem. Czyżby ten okres minął? Mam nadzieję. Nie wiem ile jeszcze zdołałabym wytrzymać z tymi jego wahaniami nastroju. Jednak jego oczy...

To miejsce jest niesamowite. Jezioro jest duże i czyste. Czuję tu spokój i ciszę. Tego co mi potrzeba.
Chłopcy rozłożyli wielki koc na piasku. Zdjęli już swoje ubrania i byli gotowi na powitanie chłodnej wody. Ja natomiast lekko się ociągałam. Rozejrzałam się. Obok nas znajduje się mały (baaardzo mały) klif, na którym rośnie potężne drzewo. Na jednej z jego gałęzi zawieszona jest lina. Ni stąd ni zowąd Louis rzucił się na nią. Gdy lina była już całkowicie naprężona pod ciężarem chłopaka, puścił się i skulił, przez co na tzw. bombę wpadł do wody.
- Wow! - wrzasnął wyłaniając się na powierzchnię. - Zajebiście! - odgarnął mokre włosy do tyłu. Uśmiechał się. Słońce odbijało się od tafli jeziora, przez co patrzenie na Louisa bolało. Westchnęłam. Chciałabym, aby już zawsze się uśmiechał. Wygląda wtedy tak młodo. Tak pięknie. Tak...
- A czemu jeszcze jesteś w ciuchach? - spytał Niall siadając obok mnie.
- Umm... A tak jakoś – co się ze mną dzieje?
- No dajesz. Zdejmuj to – powiedział chwytając dół mojej bluzki. Podciągnął ją do góry. Zaczerwieniłam się, gdy zobaczyłam, że Louis na nas patrzy. Ale czemu ja się przejmuję?
„Bo to on powinien cię rozbierać”
- Dam sobie radę – fuknęłam zdejmując spodenki.
- Co was ugryzło? - spytał skrzywiając głowę.
- Że kogo?
- No ciebie i Louisa. Od kilku dni jesteście jacyś tacy... Hmm... oschli.
- Wydaje ci się – burknęłam.
- Wątpię. Pokłóciliście się?
- Nie! - chyba. - Skąd ten pomysł? - słyszałeś? - Masz ciekawą wyobraźnię – Chcę ci powiedzieć, ale się boję.
Tyle niewypowiedzianych zdań. Tak bardzo chciałabym je powiedzieć na głos, ale one bolą. Prawda mnie przytłacza. Nie chcę, aby pomyślał sobie o mnie nie wiadomo co. Jest moim przyjacielem, a ja ukrywam przed niem tak ważny szczegół w moim życiu. Może dlatego, że też jest przyjacielem Louisa. Nie wiem. Powiem mu, ale nie teraz. Nie w tej chwili.
Włożyłam ubrania do torby i patrzyłam jak reszta chłopaków wygłupia się w wodzie.
- Idziesz do wody? - zapytał z uśmiechem.
- Nie. Chyba się przejdę – odpowiedziałam z lekkim uśmiechem. Sztucznym uśmiechem.
- Iść z tobą?
- Nie. Chcę pobyć trochę sama. Muszę pomyśleć, przepraszam – pogładziłam go po ramieniu, aby choć postarał się zrozumieć.
- Jasne. Ale nie odchodź zbyt daleko – pocałował mnie w policzek i pomógł mi wstać. Jest taki wyrozumiały. Widzę, że posmutniał, ale mimo wszystko się uśmiecha. Czemu nie mogłam zakochać się w nim? Wszystko byłoby prostsze.
„Nic nie jest proste”
Przy brzegu poszliśmy w dwie różne strony. Niall do chłopaków, ja... przed siebie.
- Gdzie ona idzie? - spytał Liam.
- Przejść się. Chciała pobyć trochę sama.
- Coś się stało? - tym razem odezwał się... Louis.
- Chciała pomyśleć.
Już ich nie słuchałam. Tylko szłam. Jestem w jakimś pieprzonym trójkącie. Obiekt A, czy ja. Jest zakochany w punkcie B, czyli Louisie. B kocha obiekt C, znaczy Eleanor. Obiekty A i C nie darzą się sympatią, bo oba kochają obiekt B. Koło się zamyka, a obiekt A jest na straconej pozycji, bo to uczucie jest nieodwzajemnione. Ha! Ale co ja sobie myślałam? Że zakochując się w kimś mam gwarancję, że ta druga osoba w tym samym czasie zakocha się we mnie? Ile ja mam lat!? To nie jakieś durne fanfiction tylko prawdziwy świat! Mimo tego bólu muszę iść dalej. Nie mogę stać w miejscu i czekać, aż on w końcu powie mi: „Spierdalaj”. Muszę iść i zapomnieć o tym uczuciu. Nie powinnam się zakochać. Ja nie chciałam, więc czemu mnie to dopadło? Ja nie chcę...
Przy brzegu stał wielki głaz. Usiadłam pod nim. Podciągnęłam kolana pod brodę. Objęłam rękami nogi i siedziałam tępo wpatrując się w wodę.
W dzieciństwie zawsze marzyłam o księciu z bajki, który się we mnie zakocha, a ja w nim. Poślubimy się i będziemy mieli dzieci, dom i oczywiście psa. Wtedy myślałam, że tak kończą wszystkie pary. Zakochane w sobie, cieszące się swoim życiem, żyjące długo i szczęśliwie. Jednak to marzenie odeszło wraz z moją mamą. Nie chciałam kochać, wychodzić za mąż, a tym bardziej mieć dzieci. Nie chciałam, nadal nie chcę, aby to samo spotkało moją rodzinę. Gdyby mi się coś takiego przytrafiło walczyłabym do ostatniego tchu, aby pokazać im, że to właśnie dla nich walczę! Nie będę jak ona i się nie poddam!
Nie mam jej tego za złe. Nigdy nie miałam. Kocham ją i staram się zrozumieć czemu to zrobiła. Zawsze wydawała mi się silna. Swoje potrzeby przekładała pod nasze. Mu byliśmy najważniejsi. Na początku walczyła dla nas. Powtarzała to nie raz, ale może właśnie pod sam koniec uświadomiła sobie, że wszystko było dla nas. Pod koniec życia pokazała swój egoizm i dotarło do niej, że nie da rady, więc się poddała. Poddała się na oczach dziecka. Ja nie chcę tego robić. Nie chcę takiego końca. Boję się go.
Ostatnio zauważyłam, że się coraz częściej boję. Wszystko co ukrywałam do tej pory zaczęło wychodzić na wierzch pokazując jaka jestem naprawdę. Tak nie powinno być. Osłabłam. A może zaczęłam dorastać? Nie mam pojęcia.
Nie chcę żerować na chłopakach. Kocham ich, są moimi przyjaciółmi, ale nie będę wiecznie na ich łasce. Mogłabym znaleźć jakieś mieszkanie jak skończę osiemnaście lat, ale prawda jest taka, że nie chcę zostać sama. Ja i cztery ściany. Ja i przyjaciele w czterech ścianach. Chyba sami dobrze wiecie, co lepiej brzmi.
Nie płaczę. Nawet nie czuję łez. Westchnęłam głośno. Czasem myślę o tym, jak będzie wyglądała moja śmierć. Jeśli umrę młodo chciałabym być pogrzebana w satynie. Położona w łóżku usłanym różami. Zatopiona w rzecze o samym świcie, witając nowy dzień. A w tle będzie słychać piosenkę o miłości, której nie zaznałam...
„If I die young bury me in satin
Lay me down on a bed of roses
Sink me in the river at dawn
Send me away with the words of a love song”
Zamknęłam oczy wyobrażając sobie tą scenę. Kilka znanych twarzy. Płaczą. Chciałabym, aby ktoś za mną tęsknił, ale nie długo. Każdy odchodzi. Prędzej czy później. Jednak zbyt długie opłakiwanie jest niebezpieczne. Staje się w miejscu i żyje przeszłością zamiast iść na przód. Teraz zostało tylko pytanie, co ja teraz robię? Stoję czy idę?

- Rob? - ten głos. Łza spłynęła po moim policzku. Wystraszyłam się bardziej jej niż tego, kto mnie znalazł. Czemu on? - Coś się stało? - usiadł obok mnie i objął mnie ramieniem. Pchana dziwną mocą wtuliłam się w niego.
- Nic mi nie jest – wyszeptałam. - Chcę tylko tak chwilę zostać – wplotłam palce w jego mokre włosy i lekko je pociągnęłam.
- Oh, Rob... - objął mnie mocniej. Jego skóra nie była już tak gorąca jak zawsze, ale i tak czułam to znajome ciepło. Teraz nie liczyło się nic. Tylko ja i on. Brałam z tej sytuacji wszystko. Chciałam to zapamiętać. Wypalić na skórze. Żyć tym wspomnieniem...
I to małe marzenie, że on czuje to samo... Że również zadręcza się takimi myślami... Że kocha mnie tak, jak ja go kocham!
- Jestem tu – pogładził mnie po włosach i wtulił głowę w moją szyję. Jego wargi przejechały po wrażliwej skórze. Przebiegły przeze mnie dreszcze. To takie miłe... Nagle poczułam jego ciepły język. Przejechał nim od podstawy szyi aż po brodę.
- C-co? - szepnęłam zszokowana. Co on robi? Ja śnię? Złożył długi pocałunek tuż nad moim pulsem. Serce biło mi jak oszalałe. To nie może być prawa... To nie...
- To nie może być prawa – wyszeptałam na głos nawet nie zdając sobie z tego sprawy.
- Ale jest – pocałował mnie w skroń. - Kocham cię – wybałuszyłam oczy i poczułam jego wargi na swoich. Pocałunek nie był delikatny, ale było w nim tyle emocji. Sposób w jaki mnie całował był nie do opisania. Poddałam się wygłodniałym wargom Louisa. Przyciągnęłam go jeszcze bliżej, aby nie było już żadnej przestrzeni między nami. Niesiona uczuciami usiadłam na nim okrakiem. Całowałam się z nim... Z kimś kogo kocham... Z kimś kto wyznał mi miłość... Z kimś kto zajął główne miejsce w moim sercu... Z kimś kto jest zajęty.
- Louis... - westchnęłam w jego usta. Louis mruknął zadowolony i znów chciał połączyć nasze usta, ale położyłam dłoń na jego piersi i lekko go odepchnęłam. - Nie możemy – nie ważne jak bardzo tego chcę. - Masz Eleanor – nie ważne, jak bardzo chcę być na jej miejscu. - Nie jestem taka – nie ważne, jak desperacko cię pragnę.
„Znajdź w sobie odwagę. Powiedz mu prawdę”
- Ona się nie liczy – wyznał, a ja poczułam jak serce mi eksplodowało.
- Jak możesz tak mówić? - spytałam schodząc z jego kolan. Louis mruknął coś niezrozumiałego i przygniótł mnie do skały. Rozchylił moje nogi i umiejscowił się między nimi. Jego lewa dłoń znalazła się na mojej talii, a drugą oparł się o głaz już obok mojej głowy. Nachylił się i musnął płatek mojego ucha.
- Wiem co do mnie czujesz – wypalił nagle.
- Nic nie czuję – skłamałam.
- Tak? A co znaczyło „Ja chcę ciebie” „Kocham cię Louis” - on to słyszał? - Albo jak mnie całowałaś, kiedy myślałaś, że śpię? - nie umiem znaleźć odpowiednich słów. Milczałam patrząc w jego piękne oczy. - Możesz okłamywać wszystkich wokół, ale nie mnie i nie siebie – złączył nasze usta. Tak bardzo walczyłam z samą sobą, aby nie odwzajemnić tego gestu, ale nic to nie dało. Rozchyliłam wargi, a jego język wsunął się do wnętrza moich ust. Jestem szczęśliwa. Mogę umierać.
- Nie jestem taka – szepnęłam między pocałunkami.
- Chcę, abyś była sobą. Sobą ze mną – jego głos był niski i powodował wariacje mojego żołądka. Nie mogę tego zrobić. Marzenia to marzenia, ale prawdziwe życie tak nie działa. Tu wychodzę na sukę. Na tą blondynę z klubu.
- To jest złe. Wiesz o tym – jęknęłam próbując go od siebie odsunąć. Moje ciało, dusza, serce, umysł lgnęły do niego, ale coś kazało mi to przerwać. Duma.
- Kocham cię – szepnął. - Czemu mnie odpychasz, skoro czujesz to samo?
- NIE CHCĘ BYĆ TĄ DRUGĄ! - wrzasnęłam i użyłam całej siły, aby go odepchnąć. Pobiegłam w stronę lasku. Szyszki wbijały mi się w stopy, ale nie zważałam na to. Zatrzymałam się i spuściłam głowę. Po moich policzkach płynęły łzy. Jestem taką idiotką.
„To była szansa. Czemu ją zaprzepaściłaś?”
- Bo on nie należy do mnie.
„Ale może”
- Nie chcę być przyczyną rozpadu ich związku.
„A może już się rozpadł. Nie wiesz tego”
- To tylko kłótnie. On ją kocha.
„To czemu powiedział to tobie?”
- Nie wiem – padłam na kolana i schowałam twarz w dłonie. Schrzaniłam! Tak bardzo schrzaniłam! Czemu się w nim zakochałam? Co on w sobie takiego ma? Tak bardzo chcę do niego wrócić i rzucić mu się w ramiona, ale wiem, że nie mogę. Wiem, że to złe. Nie chcę być tą drugą, ale i nie chcę być dla niego tylko przyjaciółką. Czemu to akurat ja znalazłam się w tej chorej sytuacji?!
- CZEMU JA?! - wydarłam się na całe gardło. Całe moje ciało się trzęsło. Wszystko mnie boli. Czuję się jak wrak. Próbuję znaleźć winnego tej całej sytuacji, ale nikt tu nie jest bez winy. Każdy się przyczynił do tego rozłamu w moim wnętrzu.
Kocham go. Tak rozpaczliwie go kocham. Do czego jestem w stanie się posunąć?
- Roberta? - zza drzew wyłonił się Niall. Szybko otarłam łzy.
- Jak mnie znalazłeś? - spytałam pociągając nosem?
- Louis mi powiedział, że poszłaś do lasu. Nie trudno jest dostrzec czerwone włosy na tle zieleni – próbował rozluźnić atmosferę. Spojrzałam na niego. Nie uśmiechał się. Usiadł obok mnie i mocno przytulił. - Powiedz mi wszystko – rzekł przyciskając mnie do swojej piersi. Wzięłam kilka głębszych oddechów i zaczęłam mówić. Wszystko. Od samego początku, aż do teraz. Czuję lekką ulgę, że mu powiedziałam, ale mimo to ból nie zniknął.
- Kocham go. Tak bardzo go kocham, Niall – jęknęłam kurczowo ściskając materiał jego spodenek.
- A może to tylko zauroczenie? - spytał.
- Próbuję to sobie wmówić – zaśmiałam się z własnej głupoty.
- Myślę, że on mówił prawdę – westchnął po krótkiej chwili ciszy. Był poważny. Jeszcze go takiego nie widziałam. Myślał nad każdym kolejnym zdaniem, aby na pewno trafić w sedno.
- A El...
- Między nimi się od dawna nie układa. Louis ma dość. Ona go ogranicza. Ciągle ma pretensje. Louis nawet przestał jej bronić. Powiedział, że już nie czuje tego co na początku – wybałuszyłam oczy. Czyli, że...
„Nie będziesz tą drugą”
- Jednak ma swoje zasady i nie zerwie z nią przez telefon. Jednak jak na złość ona albo nie przyjeżdża albo nie są sami. A gdy Louis chce ją odciągnąć na bok ona ma wąty o jego zachowanie w towarzystwie – wierzyłam mu. Jestem aż tak zdesperowana?
- Ale czuję się z tym strasznie. Nie chcę być tą drugą. To z kolei wbrew moim zasadom!
- Ale zauważ, że złamałaś najważniejszą. Miałaś się nie zakochiwać – przypomniał.
- Ups – siedzieliśmy tak w ciszy przez kilka minut.
- Pocałuj mnie – wypalił nagle, a ja automatycznie go od siebie odsunęłam.
- C-co? - czy ja się przesłyszałam.
- Pocałuj mnie. Jeśli nie poczujesz niczego znaczy, że to Louis jest twoim strzałem w dziesiątkę – uśmiechnął się lekko.
- Żartujesz, prawda?
- A wyglądam, jakbym to robił? - spytał z powagą. Westchnęłam i przybliżyłam się do niego. Musnęłam jego wargi. Odwzajemnił gest i pogłębiliśmy pocałunek. Próbowałam wyczuć coś. Cokolwiek. Ale jedyne co czułam to ból, jakbym świadomie zdradzała Louisa. Odepchnęłam Nialla od siebie.
- I co?
- Nic. Czuję się jakbym zdradziła Louisa – przyznałam. Niall tylko się zaśmiał i mnie przytulił. Cofam to, że chciałabym się w nim zakochać. Nie potrafiłabym. Przyjaźń z nim jest złotem.
- Będę was shippował – szepnął, a ja uderzyłam do w ramię. Uśmiechnęłam się w podzięce. Słowa nie były tu potrzebne. Niall mi coś uświadomił, ale czy to uczucie jest warte złamania kolejnych zasad?

Po powrocie do reszty okazało się, że nie było mnie około trzech godzin. Dobrze, że nie zadawali zbędnych pytań, poza: „Wszystko dobrze?”. Tyle mi wystarczy. Louis zachowywał się jakby nic się nie stało, ale gdy tylko zerkał w moją stronę serce zaczynało walić mi jak oszalałe. Czułam jak policzki robią mi się czerwone, ale zwalałam to na pogodę.
Dałam się zaciągnąć do wody. I miał rację... Skakanie z tej liny jest zajebiste!
Słońce zaczęło powoli się chować, a na niebie pojawiały się piękne czerwone łuny. Stałam nad brzegiem i obserwowałam to piękne zjawisko, gdy chłopaki przygotowywali ognisko. Byłam już w ubraniach, ale rzeczywiście było zimno. Potarłam się po ramionach, aby choć trochę się ogrzać. Poczułam jak ktoś narzuca mi moją bluzę na ramiona.
- Mówiłem, że będzie zimno – szepnął przyciskając mnie do swojego ciała. Dzielił nas jedynie materiał bluzy, a mimo to czułam to ciepło. Louis pocierał moje ramiona. Robił to tak delikatnie, że wszystkie moje zmysły szalały. Pragnęłam, aby mnie dotykał wciąż i wciąż. Aby nigdy mnie nie puszczał, ale...
„To był genialny plan.” odezwało się moje sumienie... Nie, to na pewno nie jest sumienie. To raczej coś na wzór złego bliźniaka, który uwięził ten właściwy głos.
„Niech udowodni, że mnie kocha. Nie chcę później cierpieć”
„Jestem dumna”
„Cieszę się, że zaczęłyśmy wreszcie współpracować”
„Witamy na mrocznej stronie. Czekaliśmy na panią”
- Ej, co wy tam? Chodźcie już! - zawołał Niall. Louis niechętnie mnie puścił. Zapięłam bluzę i już miałam zacząć iść, gdy Lou przerzucił mnie sobie przez ramię. Nawet nie starałam się walczyć. Cała ta Wielka Piątka to banda neandertalczyków. Wisiałam na nim zrezygnowana. Moje włosy falowały pod wpływem ruchów Louisa.
- Może trochę delikatniej? Ja tu wiszę! - syknęłam, gdy przyśpieszył powodując obijanie się mojej czaszki o jego plecy.
- Wybacz, maleńka – zaśmiał się, a na mojej twarzy od razu pojawił się rumieniec. „Maleńka” to słowo ciągle krąży po mojej głowie. Sposób w jaki je wymawia jest... Nie do opisania. Prychnęłam dla niepoznaki, że lubię, gdy tak mówi. Odstawił mnie na ziemi, a ja od razu usiadłam na jednym z pieńków wokół ogniska, które robiły za prowizoryczne ławki. Ale tak jest nawet lepiej. Dzięki nim można poczuć się jak na prawdziwym biwaku. Louis chwilę później usiadł obok mnie i podał mi długie metalowe widełki, które ja nazywam po prostu kijem, na które nadziana była kiełbaska. Automatycznie zaburczało mi w brzuchu. Byłam nieźle głodna. Od razu nadstawiłam mięso nad ognisko i patrzyłam w ogień.
- Odchudzasz się? - trzy... dwa... jeden!
- CO WY WSZYSCY SIĘ DOCZEPILIŚCIE MOJEJ WAGI! - wrzasnęłam. Patrzyli na mnie zdezorientowani. Było słychać jedynie trzask palącego się drewna. - Znaczy... Jestem teraz zabiegana i nie mam czasu jeść normalnie – spuściłam głowę i postanowiłam milczeć. Tak będzie najlepiej. Milczenie jest złotem.
„Złoto jest ciężkie. Poradzisz sobie z takim brzemieniem?”
„Ha! Czyli wracamy do wkurwiania mnie?”
„Ja tylko mówię”
„Zamilcz”
- Przepraszam, że spytałem. Ja... znaczy my się martwimy o ciebie – uśmiechnęłam się pod nosem. Ze mną na serio coś nie tak, że cieszę się, że powiedział na samym początku „ja”.
- Wiem. Doceniam to, ale nie potrzebuję tego. Daliście mi już naprawdę dużo. Nie wiem jak się wam odwdzięczę, a i tak dodatkowo sprawiacie, że czuję się, jakbym was wykorzystywała – przyznałam, gdy wszyscy już siedzieli wokół ogniska. Były trzy pieńki. Naprzeciwko mnie siedział Niall i Harry. Blondyn oczywiście szczerzył się do mnie jak głupi. Co jakiś czas zerkał na Louisa i poruszał brwiami albo zagryzał dolną wargę, aby nie wybuchnąć. Harry był natomiast zajęty kiełbaską. Po prawej stronie Louisa siedzieli Zayn i Liam. Payne trzymał nad ogniem swoje, jak i Zayna, widełki z mięsem, podczas gdy Malik pisał esemesa. Kultura prawdziwego mężczyzny...
- Daj spokój. Nie zrobiliśmy tego, aby dostać coś w zamian. Jesteśmy przyjaciółmi, a przyjaciele sobie pomagają, tak? - uśmiechnął się Liam.
- Tak – westchnęłam zrezygnowana. Kłócenie się z nimi o moje racje jest bezcelowe, bo to pięć na jedną. Wygrywanie nieczystych walk nie jest moją mocną stroną.

Jestem po trzech kiełbaskach, a teraz piekę pianki. Kocham pianki z ogniska! Są takie lepkie i ciągnące się, mhmmm... Pycha!
- Zagramy w coś? - zapytał Niall podając każdemu z nas po puszce piwa.
- W co dokładnie? - spytał Liam, który jako jedyny nie dostał alkoholu.
- Nie wiem... Wyzwania czy coś.
- Ale takie hardkorowe. Nie lubię nudnych gier – wyznałam otwierając swoją puszkę. Już miałam wziąć pierwszego łyka, gdy Louis zabrał mi moją własność. Zabrał? Nie... On chamsko wyrwał mi plastik z dłoni! - Ej!
- Ta pani nie pije – odparł ponuro, głosem mówiący, że nie chce słyszeć sprzeciwu.
- Kim ty jesteś, żeby mówić mi co mogę robić? - zapytałam poirytowana.
- Kimś kto się martwi o twoje zdrowie – podniósł głos. No i się zaczyna. Czemu nie potrafimy rozwiązywać swoich problemów jak zwykli ludzie? Albo przynajmniej na osobności, a nie na oczach wszystkich?
- Pff – prychnęłam.
- Mam im powiedzieć? - rozszerzyłam oczy.
- Właśnie skracasz swoje życie – warknęłam ciskając w niego piorunami.
- Ej, nie kłóćcie się. To tylko piwo – Niall próbował nas pogodzić.
- Przynajmniej robię to, aby komuś pomóc, a nie jak ty! - syknął. Ścisnął puszkę i cała zawartość wystrzeliła. Żółtawa spieniona ciesz spływała po jego dłoni. Czemu myślę, że to wygląda seksownie? Ja się tu z nim kłócę!
- Może robię to, bo chcę!
- Chcesz się wykończyć? Chcesz umrzeć?!
- Uspokójcie się! - krzyknęli chórem.
- Zostawcie to na później. Jak wrócimy do domu możecie wrzeszczeć na siebie do woli, ale nie tu. Nie jesteśmy sami nad tym jeziorem. Mogę się założyć, że grupka, która jest jakieś sto metrów od nas wszystko słyszy – Harry był nieźle podminowany. Jego postawa mówiła sama za siebie: Bez kija nie podchodź.
- Przepraszamy – powiedzieliśmy w tym samym czasie. Było mi głupio, że dopuściłam do tego. Byłam cała czerwona na twarzy, ale nie ze względu na moją złość czy z gorąca. Było mi wstyd. Potrafię wszystko psuć.
Zauważyłam, że moje pianki są już doszczętnie spalone, więc wyrzuciłam je do worka na śmieci i odłożyłam kij obok pieńka.
- To gramy? - zapytał Louis. Od razu atmosfera się rozluźniła. Zasady były proste. Można było wyzwać kogo się chciało, ale nie można było wyzwać tej samej osoby kilka razy pod rząd. Jeśli nie wykonało się zadania wyzywający ma jedno „zrobię wszystko” od wyzwanego. Hahaha! To mój pomysł.
Na samym początku gra nie była zbytnio pasjonująca. To była rozgrzewka przed burzą... Czyli moim wyzwaniem dla Stylesa. W takim momencie, jak ten niebo powinna przeciąć wielka błyskawica, rozległby się huk grzmotu, a ja wydawałabym z siebie złowieszczy śmiech.
Właśnie zdjęłam stanik i wrzuciłam go do torby.
Idiota.
Debil.
Pacan.
Zboczeniec.
Louis...
- Wyzywam Harry'ego na bieg wstydu – uśmiechnęłam się złowieszczo.
- Co masz na myśli? - zapytał lekko przerażony.
- Jak wiesz sto metrów dalej jest grupka innych biwakowiczów. Masz się tak do nich NAGO przebiec krzycząc: „Ratujcie się! Kosmici atakują!” Czy coś takiego – Harry zbladł, a reszta zaczęła się śmiać.
- Stawiam stówę, że tego nie zrobi – wysapał Louis, który nie mógł złapać oddechu.
- To przegrasz ją, dupku! - krzyknął Harry i zaczął się rozbierać.
- Z tego byłoby piękne wyzwanie – wyszeptałam, ale na tyle głośno, aby usłyszeli.
- To wyzywam cię, abyś mnie rozebrała! - prawie pisnął zdejmując spodnie. Powinnam czuć się zażenowana? Chłopcy najwyraźniej są przyzwyczajeni do takich widoków. Przerażająca myśl, ale przecież jest ryzyko, że zobaczę go jak przechadza się po domu nago.
„Zboczeniec!”
„Przyganiał kocioł garnkowi”
- Nie wypełniłeś zadania. Nie możesz mnie wyzwać – powiedziałam dumnie. Harry chwilę później szedł już w stronę drugiego obozowiska. - Muszę to zobaczyć – nie mogłam się powstrzymać od śmiechu. Poszłam za Harry'm.
- Gapisz się na mój tyłek? - zapytał oglądając się na mnie.
- Nie – skłamałam. Tak jakoś wyszło no.
„Samo wyszło”
„Zamknij się. Psujesz całą zabawę”
„Aha... Ty zepsułaś. Gdybyś po prostu oddała piwo Louisowi nie byłoby kłótni”
„Nie będzie mi mówić co mam robić!”
„Pierdol, pierdol. Ja posłucham”
- Do roboty, misiu – posłałam mu całusa. Harry westchnął głośno i zaczął wrzeszczeć. Pobiegł do tamtej grupki, a ja za nim. Nie mogłam złapać oddechu przez to, że biegłam i śmiałam się jednocześnie.
- KOSMICI ATAKUJĄ! KOSMICI ATAKUJĄ! RATUJ SIĘ KTO MOŻE! WŻRĄ NAM WSZYSTKIM MÓZGI! - byli przerażeni. Pewnie uznali go za niebezpiecznego szaleńca. Zrobił wokół nich kilka kółek i wrócił do naszych. Nie mogłam wyrobić ze śmiechu.
- Oh, bardzo was przepraszam. Kolega trochę za dużo wypił – posłałam im przepraszający uśmiech.
- To wariat – skwitował chłopak z dredami.
- Nie. Jest potulny jak baranek. I on jeszcze coś – zgięłam palce w pięść i wystawiłam kciuk i mały palec. Przystawiłam kciuk do ust, aby niewerbalnie pokazać im, że zajarał. Czarnowłosy i jakaś blondynka trzymali w ręku skręta, więc wiedzieli o co chodzi. - To jego pierwszy raz. Mam nadzieję, że nie jesteście źli – pamiętam jak Fred uciekał przed asfaltem. Prawie się zabił, ale na szczęście wszystko dobrze się skończyło.
- Nie ma sprawy – powiedziała dziewczyna z różowymi włosami. - Jesteś spoko. Chcesz się przyłączyć? - wystawiła w moją stronę skręta, którego właśnie dostała.
- Nie, dzięki – pomachałam ręką na znak protestu. - Ja nie mogę.
- Taka święta jesteś? - piskliwy głos blondyny przyprawił mnie o mdłości.
- Po odwyku – powiedziałam poważnie. Zrzedła jej mina i podała skręta dalej. Czyżby się przestraszyła? Biedactwo. - Ja już lecę. Miłej zabawy i jeszcze raz przepraszam – pomachałam im na pożegnanie i ruszyłam biegiem z powrotem.
- Zamorduję cię. Jestem skończony! - krzyknął siedząc skulony na swoim miejscu. Już ubrany. Założę się, że pobił dziś kilka rekordów życiowych.
- Daj spokój. To zabawa. Było ciemno, nie widzieli twojej twarzy, a do tego jarali. Wcisnęłam im, że też jarałeś i ci odbiło. Łyknęli. A teraz uspokój się i nie zachowuj jak baba – wyśmiałam go siadając obok Louisa.
Harry zrezygnował z wyzwania rozebrania go. Myślę, że ma teraz jakiś uraz. Więc wyzwał Nialla, który opychał się piankami, że nie włoży do ust całej, nowej, paczki naraz.
- Roberta, wyzywam cię do pocałowania Louisa – powiedział Niall, a cała krew spłynęła mi z twarzy. - Pocałunek ma trwać minutę i ma być czuć seks – wyjaśnił, a w mojej głowie już powstawały sceny, jak go morduję.
- Zabiję. Cię. Zdrajco – wysyczałam przez zaciśnięte zęby.
- Daj spokój. To zabawa – odparł Harry bardzo wysokim głosem, próbując mnie sparodiować. Serce zaczęło mi bić jak szalone.
- Przecież nikt się nie dowie – Louis wyszeptał te słowa prosto do mojego ucha. Moje serce przestało bić, gdy Lou przycisnął swoje wargi do moich. Bez zastanowienia czy jakiegokolwiek zahamowania zaczęłam go całować. Usiadłam mu na kolanach i ostro wpiłam się w niego. W tle było słychać gwizdy i okrzyki reszty, ale ja byłam najbardziej skupiona na dźwięku bijącego serca. Przyłożyłam dłoń do jego klatki piersiowej. Jego serce biło równie szybko, jak moje. Więc czyje serce wali tak głośno? Moje czy jego?
Nasze języki poruszały się w zgodnym rytmie. Brałam z tego pocałunku jak najwięcej, bo mógł to być mój ostatni.
- Zostało wam dwadzieścia sekund – powiedział Niall, ale jego głos był przytłumiony. Wplotłam palce we włosy Louisa i lekko pociągnęłam za końcówki. Louis wydał z siebie jęk informujący, że mu się to podoba. „Kocham cię” powiedziałam bezgłośnie nie odrywając swoich ust od jego.
- Koniec – oznajmił blondyn, ale my nadal trwaliśmy w pocałunku. Jego ręce spoczywały na mojej talii i nie miały zamiaru puścić. Wręcz przeciwnie. Przyciągnął mnie jeszcze bliżej siebie, jakby bał się, że ucieknę jeśli będę miała choć trochę przestrzeni. Ale ja nie chciałam. Czułam, że właśnie żyję. Przyjemne ciepło rozchodziło się po moim wnętrzu. To jest prawdziwa miłość. - KONIEC LUDZIE! - wrzasnął Niall tuż przy nas. Od razu odsunęłam się od Louisa zakrywając przy tym lewe ucho.
- Prawie ogłuchłam, idioto – warknęłam. Nadal siedziałam na kolanach Louisa, a on był zadowolony z tej pozycji.
Niall tylko puścił mi oczko i wrócił na swoje miejsce. Zrezygnowaliśmy z gry i zaczęliśmy rozmawiać o nadchodzącej trasie koncertowej. W środę wyjeżdżają na dwa tygodnie. Na początku czerwca jadą na podbój Europy. Na początku lipca mają tydzień wolnego, więc moje urodziny spędzę z nimi. A kiedy ja będę w Polsce oni w Ameryce. Sierpień to czas na wywiady i inne promocje dotyczące najnowszej płyty, która już tylko czeka na swoją premierę.
Cieszę się, że mogę być częścią ich życia. Cóż... Bądźmy szczerzy. Nigdy nie byłam Directioner. Byłam tylko fanką. Z nudów szukałam o nich wszystkiego, ale teraz okazało się to plotkami albo bujdą wymyśloną przez nudzące się dzieciaki. Czuję się dziwnie. Przeze mnie prawdziwa fanka nie spełniła swojego marzenia, ale... Mogę zaprzeczać cały czas, ale prawdą jest, że też tego chciałam. Chciałam wygrać i poznać ludzi, którzy są nierozerwalną częścią muzyki, która do mnie przemawia. Jestem szczęściarą, która na to szczęście wcale nie zasłużyła.
Obudził mnie dziwny ruch. Otworzyłam oczy i zorientowałam się, że jestem niesiona przez Louisa do mojego pokoju. Nie odzywałam się. Napawałam się tą chwilą. Kiedy położył mnie na łóżku rozpiął moją bluzę.
- Mogę sama – powiedziałam zaspana.
- Spokojnie – uśmiechnął się. - Jesteś zmęczona – podniosłam się do pozycji siedzącej. Zsunął bluzę z moich ramion i położył na skraju łóżka. Chwycił na dół bluzki. - Rączki do góry – zaśmiał się. Pozwoliłam mu na to. W końcu on tylko dba, aby spało mi się wygodnie. Nie ma żadnych ukrytych motywów. Prawda?
„A przeszkadzałoby ci to?”
„Tak. Bo jestem tylko wpół świadoma”
Bluzka wylądowała na bluzie i zaczął rozpinać moje spodenki.
- Podnieś się trochę – uniosłam biodra i Louis z łatwością pozbył się shortów. - Przepraszam, jeśli postawiłem cię w kłopotliwej sytuacji – powiedział, gdy przykrywał mnie kołdrą.
- Nie martw się. Chciałam tego – odparłam ziewając.
- Czego?
- Chciałam ciebie. Nadal chcę. Ale problem polega na tym, że ty masz dziewczynę – mówią, że osoby, które są blisko zaśnięcia mówią prawdę. - Nie chcę stawać między wami i nie chcę być tą drugą.
- Między mną a Eleanor już nic nie ma – oznajmił całkowicie przekonany. - Kocham cię – siedział obok mnie i głaskał po głowie. Robił to tak delikatnie, jakbym była z porcelany i nawet najdrobniejszy ruch mógł sprawić, że roztrzaskam się na kawałki. Miał mnie, za aż tak kruchą?
- Udowodnij mi to.
 

 
Więc zacznę od początku...
Daleko, daleko w przyszłość planuję pewien rozdział, w którym Roberta trafi na One Shot o niej samej i Louisie. Dlatego organizuję konkurs na najlepszy i najciekawszy One Shot o Rou

Pewnie teraz zastanawiacie się czemu nie napiszę sama, skoro to moje ff i tak dalej, ale nie chcę, aby był on napisany moją ręką. Musi się różnić od mojego stylu i wyobraźni.

Także... Nie przesadzajcie zbytnio z długością, a tematyka jest dowolna... Możecie wyżyć się na tym, krew, śmierć, agresja, samookaleczanie, moce nadprzyrodzone, namiętność, co tylko chcecie, ale musi być nasiąknięte Rou moments

One Shot nie może być związany z ff

Oczywiście nic za darmo
Skoro konkurs to i nagrody
Zatem:
• reklama bloga/strony gdzie tylko się da (jeśli ktoś nie ma to ten punkt się nie liczy)
• dedykacja (licho, wiem ;p)
• własnoręcznie zrobiona bransoletka z muliny w dowolnym kolorze (wysyłane pocztą)

Śpieszyć się nie musicie, bo w tym tępie mojego pisania, to za rok doczekacie się wyników Ale jak wiadomo wena to piekielny zając, więc daję wam aż tyle czasu do namysłu

Swoje prace wysyłajcie na moją pocztę:
monika.grzanek@gmail.com

Liczę na ciekawe prace ;p
Powodzenia
Pozdrawiam, Undertaker
 

 
Poczta wreszcie działa normalnie, czyli wpisy też będą się dodawać Więc jeśli wszystko będzie ładnie szło to wracam do was ;p
ugh dawno mnie tu nie było, więc może opowiem wam co u mnie (wiem, że was to nie interesuje, ale co tam ;p)
Więc jestem w liceum (jednym z najlepszych w okolicy (jak to się stało?? O.o)) i jest wręcz tragicznie :' Czemu nie posłuchałam mamusi i nie poszłam do zawodówki?? Ale nie... zachciało mi się iśźć na studia psychologiczne -_- ech... ale wracając... pwoeim coś o moich nauczycielach i klasie...
Pierwszy raz mam wychowawcę Sławek jest fajny, czasem nie rozgarnięty, ale jak się wkurwi to sprawdzian zawalony ;p był tak miły i przełożył nam poprawę na następny tydzień ;p
Reszta jest całkiem całkiem, ale kurwa baba od chemii może być równie dobrze królową śniegu i wszystkiego co złe Serio, pod chemiczną jest zawsze zimno, nie ważne jaka pora dnia, czy temperatury na dworze czy napalone w piecu... tam jest zawsze zimno, a kiedy przechodzi obok to pada pytanie: "Ty też poczułaś ten zimny powiew?" i chuj kurwa... A jak się wchodzi do klasy to w uszach słyszę marsz pogrzebowy i to nie jest żart... Ona jest straszna. Jest jak pies, wyczuwa strach za każdym razem się modlę, aby mnie nie zapytała (cóż z tego, że moja pierwsza ocena to 4 i zbesztanie: "Jak to? Humanista i nie umie się wysłowić?" No kurwa przy tablicy to ja ledwo ustać mogę, a cop dopiero się wypowiedzieć a z tymi humanistami to pojechała, bo my jesteśmy prawnicy... coś więcej niż human ;p
Jest je3szcza babka od fizyki... Ona gada tak jakoś dziwnie... nawet opisać tego nie umiem przeciąga samogłoski i to tak chujowe jest... "Dlaaaa waaaas fiiizyyykaaa będzieee jaaaak w baaajceee" Tak kurwa, takie kity to nie nam, od razu było wiadomo, że nas zjebie >.< Jak przeczytałam zadania z ćwiczeniówki to było coś jak:
*czytam*
- Co to kurwa jest?
*czytam następne*
- What the fuck?!
*czytam kolejne*
- ARE YOU FUCKING KIDDING ME!!?? PIERDOLĘ NIE ROBIĘ*

No coś na tej podstawie ;p
Mam rozszerzony WOS i Historię... na których śpię (!!) na serio... ta klasa usypia, a Sławek tylko gada, więc się nie dziwię ;p

Ale serio... Ja już nie wyrabiam z tym wszystkim... za dużo tej nauki :'
I moja genialna rozmowa z Klaudią (moja nowa przyjaciółka ;p):
K: Przecież ja popełnię samobójstwo i umrę przez 3LO
J: ja myslę gdzie się powiesić... na schodach nad Julkiem czy od razu w wejściu głównym -_-
a może pojadę po standarcie i wybiorę to nokautujące żołędziami drzewko -_-
K: Ja wybieram julka tak bardzo dramatycznie
J: i wiadomość "Drodzy nauczyciele, drodzy uczniowie, droga rodzino... oto co szkoła robi z nowym pokoleniem"
czy coś bardziej drastycznego... "szkoła ssie" np.
K: To drugie a ja skoszę kasę z twojego ubezpieczenia i wydam ją na zakład zamknięty dla gieszczowej i szembergowej**. Ekskluzywny hotel z widokiem na kraty
J: w mojej trumnie moje mangi i zamiast marszu pogrzebowego (z wiadomych przyczyn) poproszę 2 ending z kuro lub Bird Yuyi Matsushity
i może żyły... podciąć***
K: Eeeeeee mangi sobie wezmę
J: dobra... zapiszę je w testamencie... wszystko co magnowato-animowate należy do ciebie, ale ty masz żyć...
K: Będę sprzedawać trumny pod Twoim patronatem
J: zakład pogrzebowy "Undertaker" im. Tostera I samobójcy, tak??
K: Tak
J: i w drzwiach kartonowy Underuś i każdego klienta będziesz częśtować ciasteczkami w kształcie kości.
a jak Gieszcz czy Szemberg nie przyjdą aby mi znicz zapalić to kurwa będę je nawiedzać ]

Hahahahahahah kocham ją noo Przez nią jestem bi lol >.<
Ale jedziemy dalej... przy mojej klasie czuję się jak idiotka klasa całkiem spoko, ale wydaje się nie tyle, że pusta (tak, pusta) to takie lekkie liżydupy, ale się sytuacja poprawia ;p hahaha

Zrezygnowałam z harcerstwa (nie wyrabiałam) i przeszłam na rycerstwo (napierdalam się z ludźmi na miecze, chodzę w sukniach średniowecznych, renesansowych itp. i jest kurwa zajebiście ) i jestem otaku ^^ tym bardziej fujoshi** kocham anime i mangi i się uzależniłam ;p

Zaraz wstawię wam rozdziały, ażebyście się nie nudzili ;p hahahahah
i od teraz podpisuję się Undertaker, nie Grzanka, czy Monka... Undertaker

*PIERDOLĘ NIE ROBIĘ - motto licealistów heheh
**gieszczowej i szembergowej - babka od chemii, babka od fizyki ;p
***może żyły... podciąć - istnieje ryzyko, że obudzę się w trumnie, więc żeby uniknać śmierci w męczarniach to chcę, aby mi żyły podcięli ;p
**fujoshi - otaku, które najbardziej lubi yaoi (miłość męsko-męska) *__*

Pozdrawiam was i do następnego
Undertaker
 

 
Jak możecie się domyślić tablet moim zbawieniem, bo mój komputer muli, bo mój kochany brat pościągał jakieś gówno i teraz włączają się reklamy, które ją zawirusowane i pinger ma okres. Na szczęście na tablecie wszystko gra, ale... tak, jest to przeklęte "ale"... będąc na tablecie nie będę mogła dodawać tutaj rozdziałów... tak ja też rozpaczam, ale co zrobisz?? Nic nie zrobisz... ale za to będę was informować o nowych rozdziałach, ale na bloggerze. Jeśli wam to nie pasuje i wolicie czekać, aż będę miała nowy system to oki, ja do niczego nie zmuszam
Pewnie zauważyliście dwa posty na temat premiery TIU i od razu mówię to nie ja je wstawiałam. Weszłam na pingera i widzę je, chcę usunć, a tu dupa... przerwa techniczna -_-
No chyba nie sądziliście, że byłabym na tyle głupia, żeby nie wiedzieć, że rok temu była premiera... i czy ja kiedykolwiek używałam sformułowania "fazaaaa" nie sądzę o ile mnie pamięć nie myli to kiedyś Natka mogła wstawić taki post, ale skąd on się wziął teraz to ja nie mam pojęcia...

Więc powtarzam... wpisy nie były ode mnie
A czytelników moje ff zapraszam na http://my-dreams-are-stupid.blogspot.com/

Do czasu aż wszystko będzie dobrze i sprawnie chodziło zawieszam się tu
Będę jedynie wchodzić na wasze blogi i informować o nowych rozdziałach...
Pozdrawiam, Grzanka
 

 
Po kilku długich minutach stania w korku, po dziesiątkach przekleństw na kierowców i marudzeniem w czasie normalnej jazdy wreszcie dojechaliśmy do domu. Wysiadłam z auta, zabrałam swoje i Danielle zakupy i ruszyłam do wejścia. Otworzyłam drzwi kluczami Louisa i weszłam do środka. Torby Danielle zostawiłam w salonie i pobiegłam do siebie. Spojrzałam na walizki i od razu na twarzy pojawił mi się grymas.
- Ty dopracuj tą piosenkę, a ja już zacznę - Louis był tak blisko. Jego oddech na mojej szyi. Czy on ściszył głos, aby mnie dobić? Wariuję!
"Nie wariujesz tylko jesteś zakochana... Choć jakby się zastanowić, to człowiek zakochany zachowuje się podobnie..."
"Nie pomagasz"
- Ale ja żartowałam. Nie musisz mi murzynić - odparłam, a jego ręce znalazły się na moich biodrach. Popchnął mnie w stronę łóżka i zmusił mnie, abym usiadła. Rozejrzał się i podał mi futerał z gitarą.
"Rozczarowana, co?"
- A ja nie. Kończ - zmierzwił mi włosy, na co zareagowałam dźwiękiem, który miał być warknięciem. Poprawiłam fryzurę i wyjęłam gitarę.
- Jak znajdziesz mój zeszyt to mi go daj - odparłam i zaczęłam stroić instrument. Louis rzucił to co chciałam obok mnie. Próbowałam powtórzyć melodię z głowy. Kilka pomyłek, ale wreszcie się udało. Zapisałam chwyty i zamknęłam zeszyt. Schowałam gitarę do futerału i oparłam ją o ścianę obok okna. Spojrzałam na Louisa. Stał odwrócony do mnie i wieszał szary sweter na wieszak. Podeszłam do niego i stając na palcach pocałowałam go w policzek.
- Dziękuję - wyszeptałam. Spojrzał na mnie i lekko się uśmiechnął. Może to dziwnie zabrzmi, ale ten uśmiech jest inny. Bardziej delikatny. Nie pokazywał, że się cieszy, ani, że jest smutny. Tajemniczy uśmiech skrywający w sobie to, czego ja nie mogę odgadnąć... Nie potrafię. Chciałabym... Naprawdę bym chciała...
Dopiero teraz zwróciłam uwagę na to, jak jest ubrany. Zwykłe czarne spodnie podkreślające jego pośladki i bordowa bluza. Prosty ubiór, ale mi się taki podobał najbardziej. Oblizałam dolną wargę i położyłam dłoń na jego sercu. Wziął głęboki oddech. Lekko rozszerzył oczy, ale nadal uśmiechał w ten sam sposób. Moja ręka zjechała w dół jego torsu. Z rozłożonymi palcami starałam się wyczuć każdy mięsień jego brzucha przez materiał bluzy. Nie robił nic. Nie powstrzymywał mnie. Nie pytał. Po prostu milczał i czekał. Zjechałam na biodro, a potem na jego krzyż, na którym splotłam swoje palce. Przytuliłam się do niego mocno. Objął mnie. Nie chcę żeby mnie puszczał. Teraz, w tej właśnie chwili, jestem szczęśliwa. Mogę umierać.
- Tęskniłem - wyszeptał w moje włosy. Jego mocny uścisk nie pozwalał mi upaść, co prawdopodobnie by się stało, gdyby mnie teraz puścił.
- Ja też - nagle zadzwonił mój telefon. Nie chciałam go puszczać. Oderwałam się od niego na tyle, aby móc wyjąć z kieszeni komórkę. Louis nadal mnie obejmował. Jego dłoń powoli jeździła po moich plechach.
- Halo?! - warknęłam.
- Pamiętasz jak pierwszy raz się pocałowaliśmy? - oddech uwiązł mi w gardle. Wstrzymałam oddech. - Pamiętasz jak pierwszy raz powiedzieliśmy sobie "Kocham cię"? Pamiętasz jacy wtedy byliśmy szczęśliwi? - jego delikatny głos sprawiał, że pod powiekami zbierały się łzy.
- A czy ty pamiętasz jak mnie zraniłeś? - zapytałam łamiącym się głosem i się rozłączyłam rzuciłam telefon na ziemię i pękłam. Rozpłakałam się jak małe dziecko, które tęskni... Tęskni za czymś co było dla niego tak cholernie ważne i nie może tego odzyskać. Louis pociągnął mnie na łóżko i przytulił. mocno.
- Ćśśśśśś... - głaskał mnie po włosach i plecach. - Jestem przy tobie. Nie płacz. Proszę, Rob - po tych słowach zaczęłam płakać jeszcze bardziej. Wspomnienia... Wróciły... Czemu on musiał
zadzwonić teraz?! Czemu nie da mi spokoju?! Czemu do cholery nie mogę być szczęśliwa?!



Skrzypienie drzwi. Czuję jak Louis kręci przecząco głową. Drzwi się zamykają.
- K-Kto t-to by-był? - zapytałam łykając słone łzy.
- Niall. Chcesz coś zjeść? - spytał całując mnie w czubek głowy.
- Nie - odpowiedziałam w wtuliłam się w jego szyję.
- Rob, proszę cię, nie płacz. Wiem, że to trudne, ale jeśli nie chcesz dla siebie zrób to dla mnie - jego wargi na mojej głowie, skroniach, policzkach... Przytaknęłam pociągając nosem. Nie chcę pamiętać. Chcę zapomnieć, wymazać z pamięci. - Wiem, że to zły moment, ale możesz mi opowiedzieć jak się poznałaś ze Spencerem? Jak było między wami na samym początku? Może jak to z siebie wyrzucisz będzie lepiej - ostrożnie dobierał słowa, abym znów się nie rozpłakała. Powiedzieć mu?
"Tak"
- Jak wróciliśmy z Polski miałam trzynaście lat. Nowa szkoła, nowi ludzie, których miałam codziennie oglądać. Tęskniłam za moimi przyjaciółmi. Bałam się, że tu będę sama i jak na złość tak się stało. Byłam cicha, ciągle w ostatniej ławce, ta nowa. Każdy się ze mnie śmiał. Raz na wf-ie zobaczyli moje blizny - spuściłam głowę i podwinęłam rękawy. Louis chwycił moją lewą rękę i pocałował jasne kreski na nadgarstku. To uczucie było niesamowite... Jakby próbował tym małym gestem je usunąć, aby z powrotem stały się tylko gładką skórą bez skazy. - Śmiali się, mówili, że jak chciałam być fajna to mogłam być po prostu taka być, a nie brać ludzi na litość, że jestem kolejną pustą laleczką bez problemów, która ma wszystko... - załkałam. Pamiętałam te wszystkie słowa, twarze i głosy jak przez mgłę, ale jakaś ich cząstka na zawsze zostanie w mojej głowie... Wypaliły sobie miejsce w mojej podświadomości i nie mają zamiaru opuścić tego miejsca. - Mówili, że jestem pojebana, bo nie wierzę w boga, że naoglądałam się za dużo telewizji i sobie coś ubzdurałam. Nie powiedziałam im jaka była prawda, że zawiodłam się na nim. Odbiegłam trochę od tematu - zaśmiałam się wycierając rąbkiem rękawa policzki.
- Nie, nie... Mów dalej... Chcę cię poznać od środka. Od początku - przez jego słowa przemawiała szczerość. Posadził mnie sobie na kolanach i przytulił. Zaczął się lekko kołysać w przód i w tył... W przód i w tył... Starał się mnie uspokoić i udawało mu się to. Czemu nie było go, gdy najbardziej potrzebowałam tego wsparcia, jakie teraz mi daje?
- To był grudzień. Siedziałam jak zwykle sama pod klasą i jadłam kanapkę. Chris zabrał mi plecak. Rzuciłam kanapkę i pobiegłam za nim. Krzyczałam, aby mi go oddał, ale wszyscy się śmiali. Wrzucił go do męskiej ubikacji. Bardzo zabawne. Do Chrisa dołączyła jego zasrana banda. Chciałam tam wejść, ale zaczęli popychać mnie w swoją stronę jakbym była jakąś piłką. Mówili, że nie ładnie tak wchodzić do męskiej, że jeszcze pomyślą, że jestem jakaś zboczona. Nagle pojawił się Spencer. Był w naszej klasie, ale jako jedyny nie zwracał na mnie uwagi. Przycisnął go do ściany i darł się na niego. Groził mu, że jeśli jeszcze raz mnie dotknie to pożałuje, że się urodził i to tyczy się każdego. Brad nadal mnie trzymał, ale zarzuciłam mu biodro. W końcu trenowałam te cholerne zapasy. Jakoś podświadomie chciałam pokazać Spencowi, że się nadaje do jego gangu. Od tamtej pory wszędzie chodziłam z nimi. Nikt już się nie śmiał, nie przezywał mnie. Spencer uczył mnie jak ukrywać emocje, jak się postawić, jak się bawić. Zakochiwałam się w nim. Jednak nadal nie byłam na tyle odważna, aby mu to powiedzieć. Rok później, tak w marcu pierwszy raz namówił mnie na wagary. Poszliśmy do jakichś ruin. Mieli skręty. Bałam się. Ale spróbowałam. Zaciągnęłam się, trzymałam w płucach. Pieczenie w gardle było bardzo przyjemne. Może drapało, ale to było niesamowite... Spojrzałam na Spenca i powiedziałam wprost: „Wtłocz we mnie”. On się tylko uśmiechnął i to zrobił. Potem go pocałowałam. Od tamtej chwili byliśmy razem. Byłam odważniejsza. Nauczyciele mnie nienawidzili, ale uczyłam się w miarę przyzwoicie. Wszyscy się mnie bali. A kiedy się dowiedzieli, że Spencer jest mój to żadna nie odważyła się podejść do niego zapytać choćby o godzinę. Był mój. Potem się wciągnęłam w jego życie. Było dobrze dopóki mój tata nie zginął. Nadal obwiniam siebie za jego śmierć. Tego wieczoru byliśmy całą paczką pod starym monopolem. Śmiałam się... Nieświadoma niczego – załkałam... To wspomnienie wróciło. - Nagle zadzwonił Shain... Śmialiśmy się wszyscy niczego nieświadomi. Shain był roztrzęsiony, bliski łez, a ja go spytałam czy przypadkiem Trina go nie rzuciła. On mi wtedy powiedział, że mój tata nie żyje – łzy płynęły po moich policzkach, a Louis starał się je wytrzeć. Zamarłam, gdy kilka z nich scałował. To było niezwykłe uczucie, ale pewnie zrobił to tylko z grzeczności, aby mnie uspokoić.
„A może nie?”



- Czułam jak cały świat mi się wali. Nie czułam nic, tylko ból, rozdzierający smutek i złamane serce. Wtedy obiecałam sobie, że już nigdy nie wrócę do tego. Niby to zrozumieli, ale odwrócili się ode mnie. Tylko Spenc został. Szanował moją decyzje, ale sam nie chciał iść na odwyk. Mówił, że już za długo w tym siedzi i to może mu nie pomóc. Odprowadzał mnie na spotkania, odbierał z nich. Był zawsze, gdy tego potrzebowałam. Potem wiesz co się stało – wtuliłam się w jego szyję. Wdychałam jego zapach próbując ustabilizować myśli. - A teraz dzwoni do mnie jak gdyby nigdy nic i mówi, że nie znam prawdy... Ja już powoli zapominałam, a on się znów dowalił... Ja pękam, Louis! - krzyknęłam ściskając w pięściach materiał jego bluzy.
- Jak to pękasz? - nie rozumiał.
- Myślałam nad powrotem do niego – powiedziałam cicho bojąc się jego dezaprobaty.
- Nie możesz tego zrobić, Rob. Wiem, że nie mogę ci rozkazywać i zrobisz jak chcesz, ale nie pozwolę, abyś znów cierpiała – mocno mnie przytulił, a ja poczułam się bezpiecznie.
- Wiem, Lou. J-Ja nie chcę do niego wracać, ale ja chyba nadal coś do niego czuję.
- To normalne. Minęło kilka miesięcy odkąd zerwaliście, a tym bardziej, że ty go przyłapałaś, więc nie dziw się, że nadal coś czujesz, ale... Ale musisz zapomnieć o nim. Nie daj mu satysfakcji, że tylko kiwnie palcem, a ty zrobisz dla niego wszystko – mówił spokojnie, ale jakby się wsłuchać w jego głos można było usłyszeć drżenie. Jakby miał zaraz się rozpłakać.
- Wiem.
- Powinnaś sobie kogoś znaleźć – wypalił, a ja od razu oderwałam się od niego. Patrzyłam na niego zaskoczona i zdezorientowana. Człowiek, do którego coś czuję właśnie powiedział mi, że mam sobie kogoś znaleźć...
„Powiedz mu, że chcesz jego... Powiedz mu. To najlepsza okazja”
- Powinnaś spróbować pokochać kogoś innego. Wtedy tamto uczucie wygaśnie, a nowe może być strzałem w dziesiątkę – mówił poważnie. Z moich ust wydobył się żałosny jęk. To było jak ukłucie w serce. Ale mogłam się tego spodziewać. On kocha Eleanor, Eleanor kocha jego, a ja jestem jak piąte koło u wozu. Kocham zakazanego.
„Zakazany owoc smakuje najlepiej. Nic dziwnego, że to właśnie do niego coś czujesz. Ludzie już mają tendencję do pożądania tego, czego mieć nie mogą”
Przytuliłam się do niego wkładając w to całą siłę. Louis gładził moje plecy, a ja płakałam.
- Ja chcę ciebie – powiedziałam prawie bezgłośnie. Nie zareagował, dlatego miałam pewność, że nie usłyszał. Choć gdyby to zrobił byłoby mi łatwiej. Nie żywiłabym sobie złudnych nadziei, że kiedykolwiek poczuje do mnie to, co ja czuję go niego. Ale gdyby mi to powiedział w twarz nasza przyjaźń już nie byłaby taka jak teraz. Czulibyśmy się w swoim towarzystwie niepewnie. Nie pozwalalibyśmy sobie na takie zbliżenie, z obawy, że może zostać źle odebrana. Takie jest życie...



Obudziłam się w ramionach Louisa leżąc na łóżku. Byłam odwrócona twarzą do niego. Miał taką spokojną twarz kiedy spał. Jakby wykutą w kamieniu. Idealna. Drżącą dłonią pogładziłam jego policzek. Lekko się poruszył, przez co zabrałam palce. Jednak to był tylko fałszywy alarm. Znów przejechałam palcami po jego kościach policzkowych, a jego usta rozciągnęły się w delikatnych uśmiechu. Nie miałam pojęcia, która jest godzina, ale w tej chwili to było nieistotne. Chciałam tu zostać na zawsze i dotykać jego twarzy.
Wtopiłam palce w jego włosy. Nawinęłam kosmyk na palec i napawałam się ich delikatnością i naturalnością. Louis mruknął i uśmiechnął się jeszcze szerzej. Ciekawe o czym śni. Może śni mu się koncert, a może spacer po plaży o zachodzie słońca z Eleanor.
Przybliżyłam się do Louisa. Byliśmy tylko kilka milimetrów od siebie. Pocałowałam go. Delikatnie muskałam jego usta wyobrażając sobie, że on odwzajemnia ten mały gest. Jego uścisk wokół mojej talii się zacisnął, a ja przejechałam językiem po jego dolnej wardze. Mogłam tak bez końca, ale oderwałam się od niego. Nie mogłam dłużej tego ciągnąć. Mógł w każdej chwili się obudzić, a ja byłabym zmuszona powiedzieć mu prawdę.
- Jestem tchórzem – szeptałam. - Jestem tchórzem, bo mówię ci to kiedy śpisz. Chciałeś żebym kogoś pokochała, a ja już to zrobiłam. Ja chyba cię kocham, Louis...



Nie bijcie, nie krzyczcie, nie nienawidźcie mnie proszę was. Bardzo przepraszam, że tak długo nie pisałam nic nie żeby kogoś to obchodziło ale nie miałam weny, czasu, ciągle ktoś mi przeszkadzał, ale jest i postaram się następny napisać szybciej, bo... uwaga uwaga... Rou moments zaczną się na poważnie!!
Tak właśnie W tym rozdziale można już zaobserwować, że coś się dzieje ;p

A teraz wiem, że pewnie czasu nie macie albo wam się nie chce, ale poprosiłabym o mały komentarz. To na serio nie zabiera tak dużo czasu, a mi naprawdę zależy na waszej opinii, bo nie mam bladego pojęcia czy sens jest pisać. Wiem, że to opowiadanie jest niczym w porównaniu z Darkiem, Cieniem czy Teenage Dirtbag i TOTGA ale nie jest też najgorszym z najgorszych. Staram się jak mogę i jeśli szanujesz moją pracę to zostaw przynajmniej mały ślad, że czytasz. No nie wymagam chyba zbyt wiele

Teraz się z wami żegnam i do zobaczenia
Pozdrawiam Grzanka
  • awatar Welcome to My Paradise ♥: Ciekawy rozdział :) Czekam na next ^^
  • awatar Gość: Taaak, dodałaś!!! hahaha.. Świetny rozdział, nie mogę się doczekać kolejnego..
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
Studio jak każde inne.
"Ty jedynie studio nagraniowe widziałaś na ekranie telewizora, więc nie rób z siebie takiej znawczyni" Z frustracją zdmuchnęłam z czoła kosmyk włosów, który uporczywie łaskotał mnie w nos. Szłam posłusznie za dziewczynami. Wyszłyśmy z windy i już w korytarzu słyszałam głosy chłopaków. Weszłyśmy do pomieszczenia. Paul odwrócił się w naszą stronę i wskazał głową na czarną kanapę pod ścianą. A kto na niej siedział? Ed Sheeran.
"Można było się spodziewać, że teraz będziesz się pokazywać tylko w takim gronie. Teraz to już jesteś szlachtą" Kpi sobie ze mnie moje własne sumienie... Innym pomaga, a mnie dobija. Super!
Usiadłam obok artysty i wsłuchiwałam się w piosenkę.
- Jestem Ed, a ty to pewnie Roberta? - rudzielec wyciągnął w moją stronę rękę, którą od razu uścisnęłam.
- Tak. Miło poznać.
- Harry dużo mi o tobie mówił.
- Ugh... Czy cała piątka musi mnie obgadywać? - odparłam zirytowana.
- Hahahaha! Nie bierz tego jako obgadywanie. Oni tylko opowiadali o tobie innym ludziom - uśmiechnął się. Pokręciłam z niedowierzaniem głową, przewróciłam oczami i wróciłam do słuchania. Po kilkudziesięciu minutach Paul zarządził przerwę. Chłopcy wyszli z dźwiękoszczelnego pomieszczenia.
- Miło, że się pojawiłaś, Roberto - oznajmił dość wesołym głosem.
"A co myślałaś? Że przywita cię niskim głosem mordercy?" Mam chorą wyobraźnię! To nie jest normalne...
- A po co tu jestem? - zapytałam. Niech sam mi powie... Niech nie owija w bawełnę, bo tego nienawidzę.
- Chciałem z tobą porozmawiać. Mieszkasz teraz z chłopakami, a o tym już wie praktycznie cały świat - wybałuszyłam oczy. Plotki szybko się rozchodzą. - Więc dziennikarze mogą cię czasem nachodzić. To jest wręcz pewne, więc musisz naprawdę uważać co mówisz.
- To zrozumiałe. Nie mam zamiaru pogrążać chłopaków, ale jeśli te srajrazzi będą mnie wkurwiać to powiem im parę słów - wyszczerzyłam się.
- Dobrze. Musisz też uważać na swoje zachowanie. Wszelkiego rodzaju afery są... hmmm... - próbował znaleźć odpowiednie słowa.
- Ludzi najbardziej interesuje to, kto się z kim pieprzy - oznajmił Ed, a ja przytaknęłam z uznaniem. Przyznam, że sama bym tego nie wymyśliła.
- Dobre, kiedyś to wykorzystam - puściłam mu oczko.
- A proszę cię bardzo - skinął głową.
- Nie tego chciałem użyć, ale niech będzie - znów przemówił Paul. - Po prostu musisz uważać. Mogą natrafić się też fanki, które będą niemiłe.
- Spokojnie. Słyszałam już wiele obelg na swój temat, że nic mnie nie zaskoczy.
"Sama w to nie wierzysz. Jest coś co cię złamie jeśli akurat ON to powie."
"Nie powie. Nie pozwolę na to"
- Ja tylko mówię. Uważaj po prostu. Nie chciałbym, aby którekolwiek z was miało jakieś nieprzyjemności.
- Rozumiem i proszę się nie martwić. Będę uważać - uśmiechnęłam się.
"Bo ty zawsze uważasz..."
"Moja cierpliwość się już powoli kończy"
- No, na dziś koniec. Widzimy się w poniedziałek - powiedział Paul i wyszedł.
- Głodny jestem - oznajmił Niall.
- Tak w ogóle to w lodówce jest tylko światło. Tak mówię jakbyście byli ciekawi - machnęłam ręką.
- To najpierw pójdziemy na zakupy - rzekł Niall wyszczerzony.
"Chcę cię tylko poinformować, że nawet jeśli ta twoja cierpliwość się skończy to mi i tak nic nie zrobisz. Sobie chcesz zaszkodzić? Może odnowisz znajomość z dawną przyjaciółką? Przecież była ci bliska..."
"ZAMKNIJ SIĘ JUŻ WRESZCIE!" Pomasowałam swoje skronie. Nagle poczułam pulsujący ból. Na mojej twarzy pojawił się grymas.
- Coś się stało? - zapytał troskliwie Liam.
- Nie. Tylko głowa mnie boli. Chodźmy już - powiedziałam i łapiąc za swoje torby skierowałam się do wyjścia.
- Na pewno wszystko dobrze? - szepnął Louis, który znalazł się obok mnie.
- Tak, nie martw się - uśmiechnęłam się delikatnie.
"Ale ty przecież chcesz aby się o ciebie martwił"
Louis objął mnie ramieniem i przyciągnął do siebie. Pocałował w skroń, po czym tak po prostu puścił.
- Dobra, więc Perrie, Zayn i Niall jedziecie ze mną, a reszta z Louisem - oznajmił Harry. Super.
"Pamiętaj, że ignorując mnie będzie gorzej. Od samej siebie nie uciekniesz"
"Daj mi przynajmniej spróbować" Poprosiłam.
"Po co? Przecież się nie da!"
Zaczęłam nucić melodię, którą tylko ja znałam. Robiłam to na tyle cicho, aby nikt nie usłyszał. Doszliśmy do samochodu Lou, a ja wciąż nuciłam. Dodałam słowa "Human". Usiadłam obok kierowcy. Gdy przejeżdżaliśmy przez zatłoczone ulice nadal nuciłam. Wyłączyłam się całkowicie. Reszta zawzięcie rozmawiała, ale ja ich nie rozumiałam. Jakby mówili w obcym języku. To był tylko bełkot. W głowie miałam tylko tą melodię. Nie mogę jej zapomnieć.
"Zapamiętasz ją"
Zamknęłam oczy i oparłam głowę o szybę. Wszystko wokół zaczęło cichnąć...
- Rob? - podskoczyłam, gdy Louis położył dłoń na moim kolanie. - Może odwiozę cię do domu? - zapytał.
- Nie... Idę z wami - oznajmiłam i wyszłam z auta. Przeciągnęłam się i ruszyłam w stronę wejścia.
- Wczoraj spałaś z Niallem - szepnął mi do ucha, gdy mnie dogonił. Ha! Wiedziałam, że to on!
"Raczej miałaś nadzieję. Twoje przypuszczenia się potwierdziły, to wszystko"
- Dziś ja zajmuje jego miejsce - zaśmiał się i dał mi kuksańca w bok.
- Masz chłopczyku marzenia - prychnęłam.
"Oh, przecież on chce spełnić twoje"
"Daj mi się pobawić"
- A żebyś wiedziała. Pomogę ci się rozpakować... - zaczął, a na mojej twarzy pojawił się chytry uśmieszek.
- A może ja będę się wylegiwać, a ty będziesz rozpakowywał moje rzeczy?
- Mam ci murzynić? - zapytał oburzony.
- No ktoś przecież musi, pawianku - posłałam mu buziaka i rozejrzałam się po sklepie. Zgubiłam szóstkę sławnych osobistości... Tylko ja tak potrafię...
- Widzisz co zrobiłaś? Przez ciebie ich zgubiliśmy! - krzyknął Louis.
- Ja? JA!?
- Tak ty. Przecież od razu nie szłaś za nimi tylko swoją drogą, a ja za tobą - oznajmił krzyżując ręce na piersi. Miał zirytowany wyraz twarzy, ale jego oczy się śmiały. Jeśli tak mają wyglądać nasze kłótnie, to chce tak codziennie.
"Ty chyba nie wiesz o co prosisz..."
- Jakbyś poszedł za nimi to tylko ja bym ich zgubiła i wróciłabym do auta.
- To byś sobie poczekała. To ja tu mam kluczyki - spojrzał na mnie z wyższością.
- Prosisz się o manto pawianie - wysyczałam zaciskając pięści.
- Wyładuj swoją frustrację - oznajmił z uśmiechem.
"On ma racje... Wyładuj w sposób jaki chcesz... Na twoim miejscu bym go pocałowała. Cała złość i irytacja by minęła od razu"
- Do czego zmierza ta dziwna wymiana zdań? - zapytałam.
- Yyyy... - zająkał się. - Nie mam pojęcia - zaśmialiśmy się i nagle zadzwonił telefon Louisa. - No?... No jest ze mną. Zgubiliśmy was... Zmieścicie się?... Na pewno?... Spoko... - na jego twarzy pojawił się wielki uśmiech. - Na razie! - schował telefon do kieszeni. - Jedziemy do domu - oznajmił i ruszył w stronę wyjścia. - Co tak stoisz? - odwrócił się.
- Już idę, tato - jęknęłam i się zaśmiałam. - I cię uprzedzam. Jak wrócimy najpierw muszę zająć się piosenką. Nie mogę zapomnieć melodii - wyminęłam go. Louis od razu ruszył za mną.
- Okej - w czasie tej krótkiej drogi Lou podrzucał kluczyki i zwinnie je łapał. Najpierw otworzył mi. Co za dżentelmen. Odjechaliśmy spod sklepu w ciszy. Może wcześniej mi nie przeszkadzała, ale teraz była dziwna. Krępująca. - Cieszę się, że wreszcie mieszkasz z nami - odparł nie spuszczając wzroku z jezdni.
- Też się cieszę - mruknęłam pod nosem. A gdzie ta radość w jego oczach?
- Uśmiechnij się! - powiedział Louis i położył dłoń na moim kolanie i lekko nim potrząsnął. - To, że pogoda jest do dupy, nie znaczy, że twój humor też - spojrzał na mnie na chwilę i wrócił wzrokiem na ulicę. Uśmiechnęłam się pod nosem. Ta reakcja była silniejsza ode mnie. - Od razu lepiej - zaśmiał się. - Będę mógł posłuchać? - zapytał.
- Jasne - odparłam. Ta rozmowa nam się jakoś nie klei.
"Bo oboje czujecie skrępowanie. Rozluźnij się. On zrobi to samo" Racja. Wzięłam głęboki oddech i się rozluźniłam. Zaczęłam na głos nucić melodię.
- But I'm only human and I bleed when I fall down. I’m only human and I crash and I break down...
- Wow - wydusił. - Masz talent. Nie myślałaś o karierze? - co on mi w myślach czyta czy jak?!
"To nawet lepiej. Nie będziesz musiała mówić mu wprost, że go kochasz"
"Nie kocham! Za krótko się znamy, aby można było to nazwać miłością"
- Nie... Znaczy, tak. Ale ja nie chcę, aby odkryli mnie ludzie, którzy mogliby mieć miano moich fanów.
- Już pewnie masz małe grono. Możemy ci pomóc - znów...
- Louis - jęknęłam zirytowana. - Dopiero się podniosłam. Małymi kroczkami do normalnego życia. Nie każ mi nosić tak dużego balastu, jakim jest sława. To dla mnie za dużo - powiedziałam z powagą. Louis słuchał mnie uważnie. Jego profil wygląda, jakby sam Michał Anioł go rzeźbił. - Jestem słaba - dodałam cicho mając nadzieję, że tego nie słyszał.
- Nie jesteś. Nie widziałem jeszcze takiej dziewczyny jak ty. Przeszłaś więcej niż byłaś wstanie. Nawet nie masz pojęcia jak silna jesteś. Musisz tylko w to uwierzyć - ten chłopak co chwila mnie zadziwia. Eleanor ma szczęście... Szkoda, że ja nie mam.
- I w tym problem. Ja nie potrafię - rzekłam wbijając paznokcie w uda.
- Potrafisz, tylko przedtem nie miałaś oparcia. Teraz masz nas - uśmiechnął się. - Teraz masz dom - dodał cicho, ale uśmiech nie schodził mu z twarzy. Jakby wypowiedzenie tego zdania sprawiało mu przyjemność. Jakby czekał na to przez długi czas. Dla mnie to było jak potwierdzenie nowego początku. Zaczęłam dobrze... A jak się potoczy?

 

 
Natarczywy dźwięk dzwonka do drzwi nie dawał mi spać. Jęknęłam żałośnie i przycisnęłam sobie poduszkę do głowy, aby to zagłuszyć. Jednak to nic nie dało. Ten ktoś najwyraźniej nie zamierzał dać mi spokoju. Warknęłam i podniosłam się z łóżka. Wolnym krokiem zbliżałam się do drzwi frontowych. Nie zważałam na to, że jestem w samych majtkach i pogniecionej koszulce. Niech ten ktoś wie, że mnie obudził. Mój mózg potrzebuje regeneracji. Drapiąc się po głowie otworzyłam drzwi i wybałuszyłam oczy. Przede mną stała Perrie i Danielle. Obie zmierzyły mnie wzrokiem. Czułam się niezręcznie.
- Zayn uprzedzał, że lubisz pospać, ale sądziłam, że o 12 będziesz już na nogach - wyznała Perrie z uśmiechem.
- Ha! Ta... Bardzo lubię spać - na mojej twarzy pojawił się grymas. - Gdzie ja mam głowę. Wchodźcie - ruchem ręki pogoniłam je, aby weszły. - Co was tu sprowadza? - spytałam kierując się do kuchni.
- Chciałyśmy cię poznać - oznajmiła Dan
- I zabrać na zakupy - dodała Perrie, a na mojej twarzy pojawił się kolejny grymas. Zakupy to nie moja bajka.
- Chłopcy dużo nam o tobie opowiadali - Danielle miała taki szczery uśmiech... Zupełne przeciwieństwo Eleanor.
- Ciekawa jestem ile w tym było prawdy - prychnęłam otwierając lodówkę. Nie zauważyłam nic ciekawego, poza światłem, więc zdecydowałam się na jabłko, które zaczęłam łapczywie gryźć. Byłam głodna.
- Uważam, że wszystko - Perrie również miała szczery uśmiech.
- A czemu Eleanor nie ma? - spytałam z grzeczności, nie że mnie ona obchodzi.
"Obchodzi, jeśli ma związek z Louisem" nie okazywałam, że jej nie lubię ani, że słyszę dziwny głos w głowie. Uznałyby w wtedy, że jestem chora psychicznie.
- Nie lubisz jej - stwierdziła Danielle.
- A skąd to przypuszczenie? - udałam głupią przełykając kęs owocu.
- Bo tylko Louis nie widzi jaka jest naprawdę - odparła szatynka. Uniosłam jedną brew gryząc czerwony owoc.
- Jak powiedziałyśmy jej o zakupach to była wielce ucieszona... - zaczęła Pezz.
- Ale jak dodałyśmy, że same i dodatkowo zabieramy ciebie to stwierdziła, że ma już plany, o których zapomniała - zakończyła Dan.
- Myśli, że jest taką znakomitą aktorką, że nikt się nie zorientuje. Ha!
- Przy mnie udawała miłą - powiedziałam przypominając sobie, jak do mnie przyszła i zaoferowała pomoc...
- Liam mówił jak spoliczkowałaś Louisa, za to, że powiedział jej o twoich rodzinnych problemach - rzekła Dan, a ja zmarszczyłam brwi. One też wiedzą? - Nie martw się. My nie wypytywałyśmy. Chciałybyśmy abyś sama nam to powiedziała, kiedy uznasz, że już czas - uśmiechnęłam się delikatnie.
- To ja pójdę się przygotować i wracam. Czujcie się jak u siebie - uniosłam kciuki w górę, wyrzuciłam ogryzek do kosza i pobiegłam do swojego pokoju. Otworzyłam walizkę i zaczęłam szukać czegoś w co mogłabym się ubrać. Potem zgarnęłam kosmetyczkę i wparowałam do łazienki. Zrzuciłam z siebie ciuchy w weszłam do kabiny. Strumienie zimnej wody spływały po moim ciele. Przeszedł mnie dreszcz. Po chwili woda robiła się coraz cieplejsza, a ja zaczęłam wcierać w siebie mój ulubiony żel pod prysznic.
"Louis też go lubi" Powiedziałam w myślach. Delikatny uśmiech ozdobił moją twarz. Zaczynam powoli się przyzwyczajać do tej sytuacji... Do tych myśli... Do wszystkiego...
Zakręciłam kurek i wyszłam z kabiny. Wytarłam się puchatym zielonym ręcznikiem i założyłam bieliznę. Umyłam zęby i przez chwilę wpatrywałam się głupio we własne odbicie. Przez głowę przeleciała mi myśl, że to sen. Piękny sen przedstawiający życie, takie jakie bym chciała teraz wieść... Jeśli zaraz zawołają mnie rodzice to będę pewna, że to nie jest prawda. Czekam... 10 sekund... 30 sekund... Minuta... Nic. Szczypię się po ramieniu i nic. Tyko czerwony ślad po moich paznokciach... Albo to prawda albo bardzo rzeczywisty sen.
"Oh daruj sobie! Rusz dupsko, bo masz gości, a nie..." Głos sprowadził mnie na ziemię. Potrząsnęłam głową i zaczęłam się ubierać. Wciągając czarna rurki prosiłam, sama nie wiem kogo, aby były dobre. Dawno ich nie nosiłam i mogły już być za małe. Na szczęście pasowały. Zakładając szarą bluzę z białym nadrukiem "Make Love" wyszłam z łazienki. Z torby Shaina wyciągnęłam pierwsze lepsze buty. Założyłam na nogi stare i lekko już starte vansy. Rozejrzałam się po pokoju drapiąc się po głowie. Z otwartej walizki wystawała szara wełniana czapka. Uśmiechnęłam się i zgarnęłam ją. Zabrałam jeszcze telefon z szafki, portfel i wyszłam z pokoju. Zbiegając po schodach włożyłam czapkę na głowę.
- Przepraszam, że tyle czekałyście - powiedziałam, gdy weszłam do kuchni. Dziewczyny siedziały przy wysepce i o czymś rozmawiały.
- Spoko. Nie przejmuj się - oznajmiła z uśmiechem Perrie. Teraz pytanie czy kiedyś przestała to robić...
- Kiedyś jak czekałyśmy na Eleanor to pięć razy przychodziła, aby spytać czy dobry wybrała zestaw. W końcu i tak wybrała pierwszy - zachichotała Danielle na to wspomnienie.
- Louis za bardzo ją rozpieszcza - stwierdziła Perrie.
- On? Ona taka była zanim się poznali - wycedziła Dan. Czułam się jakby mnie w ogóle nie zauważyły.
- Co nic nie mówisz? - zapytała Pezz, jakby czytała mi w myślach.
- A tak jakoś... Idziemy? - spytałam.
- Tak - odpowiedziały chórem. Gdy już miałyśmy wychodzić o czymś sobie przypomniałam.
- Cholera! - warknęłam. - Chłopaki mi jeszcze kluczy nie dali - pomoże? Zostanę w domu?
- Liam mi dał swoje - powiedziała Dan. No szlag! A tak mało brakowało...
"Przypadek? Nie sądzę. Twoim przeznaczeniem jest iść na zakupy!" zmrużyłam oczy i wydęłam usta. Nie będzie się ze mnie nabijało moje własne sumienie!
"Spadłam poniżej swojego poziomu rozmawiając z tobą" warknęłam w myślach.
- Co? Myślałaś, że się wykręcisz? Ha! Nic z tego! - oznajmiła Perrie.
- Dobra - mruknęłam, a Dan zakluczyła dom. Już mój dom. Jak to pięknie brzmi! Od czasu, gdy mój tata umarł tamtego nie mogłam tak nazwać. Nie umiałam. Czułam się w nim obco. Tylko Shain i Jack mi jakoś pomagali. Dzięki nim dało się tam mieszkać.
- To w drogę! - powiedziała Danielle i ruszyłyśmy w stronę najbliższego centrum handlowego.
Dowiedziałam się wielu rzeczy o chłopakach, o nich samych, a także o Eleanor. Mam kolejne powody, aby ją nie lubić. A to ja jestem ta wredna. Pffff...
- Teraz jeszcze bardziej zaczęła kontrolować Lou - oznajmiła Dan.
- Może wyczuła zagrożenie - zaśmiała się Pezz, a ja głośno przełknęłam ślinę.
- Rob, co jest? - spytała Danielle.
- Nie, wszystko w porządku, tylko nie mogę zrozumieć tej kobiety. Skoro są razem to powinna mu ufać - starałam się wybrnąć z sytuacji.
"Ty też zaufałaś i co z tego wyszło? A Louis też nie jest święty... Zamiast obściskiwać się ZE SWOJĄ DZIEWCZYNĄ to siedział Z TOBĄ. Takie przypomnienie" sumienie miało rację. Ma ją coraz częściej..."Mam ją zawsze, ale ty jakoś tego nie zauważasz".
- Mów dalej co z tym zagrożeniem - rzekłam. Chciałam się dowiedzieć co one o tym sądzą bądź co wiedzą.
- Ty powinnaś to wiedzieć najlepiej - oznajmiła Perrie.
- Ja? - udawałam głupią.
- No tak. El opowiadała o swoich przeżyciach z waszego pierwszego spotkania - zaczęła Dan. - Że wydajesz się podejrzana, że oni cię nie znają, że możesz być niebezpieczna. Głównie martwiła się, że zechcesz ukraść jej Louisa - ciekawa myśl. Chciałabym zobaczyć jej minę, gdyby te przypuszczenia okazały się prawdą.
"Tylko na to czekam"
"Uwierz, że ja też"
- Hmmm... - udawałam zamyślenie. - A jak by zareagowała, jakbym to rzeczywiście zrobiła? - zapytałam. Obie zatrzymały się gwałtowanie i utkwiły wzrok na mojej twarzy. Zaskoczenie, niedowierzanie, duma, zaintrygowanie... To wszystko wyczytałam w ich spojrzeniu. Tyle emocji wywołych jednym pytaniem. Pięknie.
- Czy ty coś sugerujesz? - spytała ciągle niedowierzająca Danielle.
- Nie, ale lubię denerwować ludzi, a Eleanor jest moim celem - wyszczerzyłam się, a one się rozluźniły. Łyknęły to? Serio? Albo może tylko udają?
- Nieźle by się wkurzyła. Zrobiłaby wszystko aby Lou do niej wrócił, a ty za to zapłaciła. Kiedyś Lou chciał z nią zerwać, bo go zdradziła - wybałuszyłam oczy. Z tej całej rozmowy nawet nie zauważyłam, że stoimy przed centrum handlowym. Teraz nie pora na zakupy. - Była wtedy pijana, więc miała jako takie usprawiedliwienie.
"Widzisz? A Spencer był naćpany. Na jedno wychodzi. Lou jej wybaczył"
"Będziesz mnie namawiać do powrotu do Spencera?!" wkurzyłam się. Moje własne sumienie przeciwko mnie.
"Oj nie udawaj ofiary. Przecież sama rozmyślałaś nad powrotem. Już nawet miałaś wybrany jego numer. Ale Jack przyszedł. Gdyby nie on pewnie teraz obściskiwałabyś się z nim." Kurde... Zapomniałam o tym...
- Błagała go, aby jej wybaczył. Ona chciała się zabić - to co mówiła Dan wstrząsnęło mną. Ona może się zabić jak Louis ją zostawi, a jakby to zrobił dla mnie to miałabym jej śmierć na sumieniu... W takich chwilach chyba najlepiej być znieczulicą. - On poszedł do niej po swoje rzeczy, wszedł do łazienki i zobaczył jak się tnie. Wybaczył jej. Jakimś miesiąc później poszła z nami na imprezę - zauważyłam, że w oczach Dan jest wściekłość. Czyżbym zaraz dowiedziała się czegoś interesującego? - Opiła się i powiedziała nam prosto w oczy, że warto było się pociąć, aby Louis do niej wrócił. Przynajmniej teraz ma na niego haka - moja szczęka automatycznie opadła. Moje serce zaczęło bić szybciej. Czuję, że zaraz wybuchnę. Za trzy... Dwa... Jeden...
- TO TA PIZDA CIĘŁA SIĘ, ABY MIEĆ HAKA NA LOUISA?! TO BYŁ TYLKO CHWYT?! JA SIĘ KURWA CIĘŁAM, BO CHCIAŁAM CHOĆ NA CHWILĘ ZAPOMNIEĆ, A ONA?! - wszyscy wokół patrzyli na mnie jak na wariatkę, ale ja to ignorowałam. Wybuchłam. Lepiej mi. Łzy spłynęły mi po policzku, ale szybko je wytarłam rękawem bluzy. Natychmiast zostałam zamknięta w stalowym uścisku moich nowych koleżanek. Nie sądziłam, że takie drobne dziewczyny mogę mieć tyle siły.
"A ty? Też drobna, a powaliłaś własnego trenera, który, bądźmy szczerzy, do tych chudych nie należy"
- Spokojnie Rob. Ona jest, jakby to łagodnie powiedzieć... - zaczęła Dan.
- Suką? - zagadnęła Pezz.
- Powiedziałam łagodnie - oburzyła się szatynka.
- To było aż za łagodne - na mojej twarzy pojawił się uśmiech.
- Przepraszam, że tak wybuchłam. Ja tak czasami mam. Pewnie przysporzyłam wam kłopotów - mówiłam szczerze.
- Spokojnie - machnęła ręką Danielle.
- Bardziej martwiłabym się o ciebie. Przecież publicznie obraziłaś Eleanor. ES mogą cię znienawidzić - odparła Pezz, co wcale mnie nie pocieszyło. - To idziemy na te zakupy, czy będziemy tu stać? - zapytała i ruszyłyśmy w stronę wejścia. Weszłam do budynku i aż zmrużyłam oczy. Jak ja dawno nie byłam w centrum handlowym, a tym bardziej w tym. Mnóstwo sklepów. W witrynach stały manekiny ubrane w najmodniejsze ubrania tego sezonu, na które na pewno mnie nie stać. Wielki tłum, składający się głównie z kobiet. Były zafascynowane nowymi kolekcjami, czasami zniesmaczone, bo buty były za małe lub za duże i akurat nie było ich rozmiaru, bo już nie mogły nic kupić, bo za drogie... Zauważyłam chłopaka, który trzymając swoją dziewczynę za rękę nie był zadowolony, że tu jest. Doskonale wiedziałam co czuł. Z drugiej strony nadchodził dorosły i tęgi mężczyzna w czarnym dopasowanym garniturze. Widać, że bogaty człowiek interesu. Szedł pod rękę z młodą dziewczyną. Na oko młodszą o jakieś dwadzieścia lat. Zachwycona wskazała długim wypielęgnowanym paznokciem na jedną z witryn i coś powiedziała do... hmmm... znajomego. On tylko kiwnął głową i od razu weszli do sklepu. Wyobraziłam sobie Lou i Eleanor. Właśnie w takiej sytuacji. Aż krew się we mnie zagotowała. On jej kupuje drogie ciuchy, aby tylko znów się nie pocięła. Już słyszę te kłótnie:
"- Ty ciągle myślisz o sobie! - krzyczy Lou.
- Ja? To ty jesteś egoistycznym sknerom! Nie pytasz czy mi coś odpowiada, zawsze tylko ty - odkrzykuje El.
- Ty ciągle chcesz na zakupy i kto za to płaci? JA! Ale i tak ja jestem tym złym - burczy szatyn. - Koniec z nami! - wrzeszczy. Eleanor zaczyna płakać i biegnie do łazienki. Lou wie, po co i idzie za nią. Ona już przykładała stal do nadgarstka. Louis szybko go wyrywa i przytula dziewczynę. - Przepraszam. Nie rób tego więcej. Przecież wiesz, że cię kocham"
Ugh... Aż mi się rzygać chce. Idę posłusznie za dziewczynami w stronę najbliższego sklepu. Podchodzę do pierwszego lepszego regału i przeglądam bluzki. Wybieram jedną. Biała koszula bez rękawów z ćwiekami na kołnierzu. Patrzę cenę i nagle przestaje być taka ładna.
- Wow! Boska jest. Kupujesz? - pyta Perrie.
- Nie. Za drogie. Jakbym nawet ją kupiła już nic innego bym nie mogła - burknęłam i chciałam odwiesić koszulę, ale Pezz mi przeszkodziła.
- To ja zapłacę - oznajmiła z uśmiechem.
- Ocipiałaś? - warknęłam. - To i tak nie mój styl.
- Kobieto! Tobie niedaleko do tomboya! Jakbym pogrzebała w twojej szafie na pewno bym tylko to potwierdziła - odparła ze spokojem.
- Ale może mi się podoba taki styl? Może ja mentalnie czuję się facetem? - pytałam ironicznie, a grupka dziewczyn przechodzące obok nas patrzyły z zachwytem na naszą dwójkę. No tak... Sama Perrie Edwards uczy jak się ubrać. Chciały podejść, ale jak Perrie spojrzała na nie gniewnie zrezygnowały.
- No proszę cię... Przynajmniej raz ubierz się jak prawdziwa kobieta - moja cierpliwość się kończy. Już miałam ją obrazić, ale w porę zjawiła się Danielle.
- Hej, dziewczyny. Nie kłóćcie się. Perrie, sama przyznaj, że tu jest za drogo. Może ciebie stać, ale Rob nie czuję się komfortowo wiedząc, że chcemy za nią płacić - zaraz... Chcemy? - Znalazłam sklepy, w którym mają wyprzedaż. Pięćdziesiąt procent zniżki - w tej chwili byłam jej wdzięczna. Nie dziwię się, że Liam ją kocha. Jest cudowna.
- Przepraszam Rob - odparła Perrie. - Ja już tak mam - spuściła głowę i odwiesiła powód naszej kłótni.
- Nie martw się. Nie jestem zła - przytuliłam blondynkę i całą trójką ruszyłyśmy w stronę owego sklepu. Mnóstwo ludzi. Szłyśmy luźnym krokiem. Nikt się nie przepychał, nikt sobie nie wyrywał żadnej bluzki czy spodni. Czyli, że wyprzedaże wcale nie wyglądają jak walka o życie.
"Oglądanie tych amerykańskich seriali nie wyszło ci na dobre" Wrrrr...
Zaczęłam oglądać wszystko po kolei.
- Znalazłaś coś ciekawego? - zapytała Danielle.
- Nie - mruknęłam. - Nie widzę nic, w czym mogłabym się dobrze czuć.
- Rob! - krzyknęła Perrie zwracając na siebie uwagę. - Weź i idź przymierz. Wydaje mi się, że to twój rozmiar - oznajmiła z uśmiechem wciskając mi ubrania. - Przymierzalnia jest tam - wskazała na drugi koniec sklepu. Westchnęłam ciężko i ruszyłam w tamtą stronę. Akurat się jedna zwolniła i nikogo nie było w kolejce. Mam szczęście kiedy nie potrzeba. Pomieszczenie było dość spore. Wielkie lustro naprzeciwko odbijało całą mnie. Zasunęłam gruby bordowy materiał i stałam. Stałam i patrzyłam w swoje odbicie. Wyglądałam... żałośnie? Trochę. Odłożyłam ubrania na ławeczkę obok mnie. Były to trzy pary spodni im jakieś trzy bluzki. W jaki sposób Perrie tak szybko je wynalazła to ja nie wiem... Mistrzyni zakupów... To jest pewne.
Zdjęłam swoje spadnie i przymierzyłam pierwsze lepsze. Białe rurki. Zawsze wolałam ciemniejsze barwy. Ściągnęłam bluzę, a na jej miejscu pojawiła się szara koszulka z kwiecistą koronką na plechach i dekolcie. Pokręciłam głową. Raz w prawo, raz w lewo.
- Rob, przebrałaś się już? Pokaż się! - rzekła Perrie. Czym ja sobie na to zasłużyłam? Wyszłam z przebieralni.
- Wyglądasz bosko! To na pewno kupujemy - oznajmiła Perrie, która aż kipiała od entuzjazmu.
- A ja nie mam nic do gadania? - zapytałam oburzona.
- Nie bardzo.
- Pezz - upomniała ją Dan. - Miałyśmy nie zmieniać jej stylu na chama.
- Kobieto, która właśnie powiedziała, że chcecie zmienić mi styl, że co?! - wrzasnęłam.
- Perrie chce zrobić z ciebie "kobietę" - pokazała cudzysłów w powietrzu. - Ja uważam, że całkiem nieźle się ubierasz, choć nie zaszkodziłoby ci kilka nowych ubrań w szafie.
- Zastanowię się - burknęłam i wróciłam za kotarę. Przebrałam się. Jeansowa koszula bez rękawów wciągnięta w najzwyklejsze granatowe rurki. Zerknęłam w lustro.
"Całkiem nieźle" pomyślałam.
"Louis padnie na kolana"
"Japa! Nie o to chodzi!"
"Kogo chcesz oszukać?"
Znów pokazałam się dziewczynom.
- Ślicznie - rzuciła Danielle. Pezz jej przytaknęła. Został tylko jeden zestaw. Wciągnęłam na tyłek jasne rurki, które jakby się przyjrzeć podchodzą pod bardzo, ale to bardzo jasny fiolet. Zapinając ostatni guzik jasnej plamiastej koszuli podobnej kolorystycznie do spodni wyszłam.
- I? - spytałam.
- No nie możesz się tak ubierać cały czas? - jęknęła Perrie.
- Do teściowej oczywiście - uśmiechnęłam się. Nagle przypomniałam sobie pierwsze spotkanie z mamą Spencera. Bałam się co ona o mnie pomyśli. Ubrałam się jak na apel do szkoły, a pani Jess powiedziała, że jakbym przyszła w dresie to by było jeszcze lepiej. Myślałam, że zamorduję Spenca. To on kazał mi się ubrać ładnie!
"Na wspomnienia ci się wzięło?" ten sarkastyczny ton działa mi na nerwy.



- To kup. Będziesz miała pod ręką - uśmiechnęła się blondynka.
- To w końcu co bierzesz? - zapytała Dan.
- Pomyślę - puściłam im oczko i wróciłam się przebrać, mam nadzieję, że ostatni raz. Założyłam swoje dzisiejsze ciuchy. Obliczyłam wszystko i to za dużo. Nie wydam tyle. Mogę kupić jedynie jeden zestaw. I buty co najwyżej. Złożyłam ubrania i wyszłam z przebieralni.
- I co bierzesz? - zapytała Pezz.
- Tylko ten z jeansową koszulą - odparłam.
- Serio?
- Nie stać mnie na wszystkie, a bym z chęcią kupiła - oznajmiłam.
- To my ci kupimy.
- Nie! Nie lubię być coś winna ludziom - rzekłam oddając dwa pozostałe zestawy Perrie. - Odnieś je. Ja idę do kasy - jak powiedziałam, tak zrobiłam. Przy kasie zerknęłam jeszcze przez ramię co robią dziewczyny. Szeptały coś. Chciałabym mieć moc czytania w myślach. Zapłaciłam i wyszłam ze sklepu. Usiadłam ławce przy fontannie i czekałam na dziewczyny. Nagle mój telefon zadzwonił. Zerknęłam na ekran. "Spencer". Hmmm... To dziwne, ale prawie zawsze, gdy o nim myślę to on dzwoni.
"To było urocze" nacisnęłam zieloną słuchawkę i przyłożyłam aparat do ucha.
- Tak?
- Hej - odparł nieśmiało. Jakby nie on. - Chciałem tylko powiedzieć, że ładnie ci w tej jasnej koszuli. Mam nadzieję, że ją kupiłaś - co?!
- Czekaj, czy ty mnie... No kurwa! Szpiegujesz mnie? - oburzyłam się.
- Nie. Chciałem kupić prezent dla mamy i zauważyłem cię. Miałem podejść i ci powiedzieć to w twarz, ale nie chciałem, abyś się zdenerwowała jeszcze bardziej - miał smutny głos. On tęskni? On żałuje? On ma uczucia... Jak każdy człowiek...
"Pękasz!"
- Tylko po to dzwonisz? - zapytałam. Chciałam jak najszybciej zakończyć tą rozmowę. Jeszcze chwila i przegram. Przegram z samą sobą. Nie chcę znów do tego wracać. Kto raz zdradził może zrobić to znowu.
- Chciałem się z tobą spotkać. Pogadać... - zaczął, ale przerwałam mu.
- I prosić o wybaczenie? Sorry, ale to niemożliwe - rozłącz się... ROZŁĄCZ SIĘ IDIOTKO!
- Wiem, że straciłaś do mnie zaufanie, ale...
- Nie ma żadnego "ale" Spencer. Kochałam cię, a ty? - zobaczyłam Pezz i Dan, które wyszły ze sklepu. Danielle również rozmawiała przez telefon. Szły w moją stronę.
- Nadal kocham. Nigdy nie przestałem. Nie znasz prawdy! - krzyknął, a ja coraz bardziej się gubiłam.
- Jak to? Coś jeszcze masz do ukrycia? Powiedz mi, że z nią spałeś to dowalisz po całości - Pezz uniosła brew w górę. Pięknie! Jeszcze im będę musiała wszystko tłumaczyć. - Nie mam teraz czasu na dyskusje z tobą.
- To się spotkajmy! Proszę cię Rob - błagał.
- Powiedz teraz - powiedziałam po krótkiej chwili ciszy. Chcę już mieć to z głowy.
- Barman jest moim kumplem. Nagrał to małe zajście. Ona dała mi bucha, a potem zaczęła się do mnie dobierać. Ja chciałem tylko bucha - oznajmił.
- Aha. Spoko. Cześć - tylko do tego byłam zdolna. Rozłączyłam się i schowałam telefon do kieszeni. - Co kupiłyście? - zapytałam wskazując na torby.
- Prezent dla kuzynki. Ma urodziny i kupiłam jej bluzkę jaką chciała - oznajmiła z uśmiechem Pezz.
- A ja nowe spodnie - rzekła Dan. - Idziemy dalej? Może teraz buty? - zaproponowała. Przytaknęłyśmy i ruszyłyśmy dalej.
- Ale teraz pozwolicie mi wybrać samej, co? - zagadnęłam.
- Tak - przeciągnęła Perrie. Ha! Nie ma tak dobrze. - Twój były dzwonił? - żesz...
- Taaaa... - mruknęłam.
- Nie zasługiwał na ciebie. Dobrze, że go zostawiłaś. Takich to trzeba wytępić - mówiła oglądając swój wypielęgnowany długi paznokieć.
- Kastrować - odparłam zapominając o moich wcześniejszych wahaniach. Weszłyśmy do sklepu obuwniczego. Półki były pełne markowych butów. Czego tu nie było. Mój wzrok przykuły najzwyklejsze trampki. Jeśli w ogóle można nazwać je tak pospolitym mianem... Troiło mi się w oczach... Czułam się jak na jakimś haju... Tyle kolorów, które otaczają mnie z każdej strony... Deja vu?
"Twój pierwszy buch... Pamiętasz?"
"Oooo tak! Uczucie spokoju i wytchnienia... Tego opisać się nie da... To trzeba poczuć" Zaczęłam rozmyślać nad tym błogim uczuciem po jednym joincie... Kurde... Mogłam zdecydować się na marihuanę... No nie pomyślałam nooo...
"Teraz już na to za późno"
- Wybrałaś coś? - Perrie sprowadziła mnie z powrotem na ziemię.
- Nie... Za dużo tego wszystkiego - jęknęłam. Zauważyłam, że ma w ręku pudełko. - Co tam masz? - wskazałam na karton.
- Patrz! Cudne są! - zdjęła wieczko i moim oczom ukazały się różowe botki na masywnym obcasie.
- Ładne - oznajmiłam. Ja bym się w czymś takim zabiła. Założenie tego równa się z samobójstwem.
- Ładne? Prześliczne! - pisnęła, przez co znów zwróciła na siebie uwagę.
- Uspokój się, bo uznam, że zdradzasz Zayna z butami - zaśmiałam się. Spojrzałam na półkę i spostrzegłam zwykłe szare vansy. Wzięłam je do ręki. Mój numer! Ha! Ja to mam szczęście!
"Chciałaś powiedzieć: Głupi ma zawsze szczęście" pogarda tego głosu była nie do zniesienia! Jestem tak samo wkurwiająca jak moje sumienie? "Tak"
"A żeby cię szlag!"
- Bierzemy? - zapytała Danielle. Hm... W porównaniu do Perrie ona jest cicha.
- Drogie - jęknęłam widząc cenę. - Czemu tu wszystko jest drogie? Nie wszyscy są bogaci!
- Złożymy się - oznajmiła Pezz.
- Nie. Na to się nie zgodzę! - popatrzyłam na buty. - Kupię je, ale przez następne pół roku nic nie kupię - przybrałam poważny wyraz twarzy. - Chyba, że będzie mi coś bardzo, ale to bardzo potrzebne - pogroziłam im palcem.
- Dobra - przytaknęła zrezygnowana Edwards, a Dan pokiwała z uznaniem głową. Wzięłam odpowiednie pudełko i poszłam do kasy. zapłaciłam i mogłam wreszcie wyjść z tego tęczowego królestwa. Hmmm... A może powinnam troszeczkę zmienić styl? Na bardziej dziewczęcy?
"Louis może zwróci na ciebie uwagę, a nie na Eleanor"
"Japa! Irytujesz mnie"
Obok nas przeszła jakaś para. Mój wzrok przykuła dziewczyna. Mały rudzielec obcięty typowo jak tomboy, ale bardziej interesował mnie jej ubiór. Męski szary sweter, czarne nad kolanówki i skaty na koturnie. Miała jeszcze krótkie spodenki, których na samym początku nie zauważyłam. Automatycznie wyobraziłam sobie jakbym ja w takim zestawie wyglądała...
"Całkiem nieźle. Kup tylko te nad kolanówki. Te nowe vansy mogą być w ostateczności" Czy sumienie właśnie mnie pochwaliło? "To nie pochwała tylko namowa" Jak zwał tak zwał.
- Idziemy coś zjeść? -zapytała Dan.
- Czytasz mi w myślach - odparłam biorąc szatynkę pod ramię.
- Nie ja. Liam wysłał mi dziś rano, jak to on powiedział, instrukcję obsługi - uśmiechnęła się jakby zadowolona, że wkopała własnego chłopaka.
- Że instrukcja czego, przepraszam bardzo? - spytałam oburzona. - Na serio utopię go w tej wannie - powiedziałam, a dziewczyny zaczęły się śmiać. - Ale ja mówię serio. Nie żartuję. Ze śmierci NIGDY nie żartuję - powaga w moim głosie sprawiła, że zamilkły. - Chodźmy, głodna jestem - uśmiechnęłam się i pociągnęłam je w stronę... No właśnie. Nie mam pojęcia gdzie co jest. - Yyyy.. W którą stronę? - zapytałam, a one znów się zaśmiały. - Tak... Najlepiej to się śmiać.
- Przepraszamy. A na co masz ochotę? - zapytała Pezz.
- Hmm... - zamyśliłam się. - Na coś bardzo słodkiego i bardzo czekoladowego - odparłam i automatycznie oblizałam wargi na samą myśl o jakiś ciastku...
- Starbucks? - zaproponowała Dan.
- Tak. Chodźmy do królestwa Królowej Śniegu! - powiedziałam z entuzjazmem.
- Eleanor Królowa Śniegu rządząca królestwem Starbucks... To nawet brzmi dostojnie - zaśmiała się Pezz. Szłyśmy w kierunku kawiarni i nagle zauważyłam w witrynie jednego ze sklepów szukanych przeze mnie nad kolanówek. Bingo! Odrobię te straty w którąś sobotę. Starbucks znajdował się na piętrze. Zapamiętałam nazwę sklepu i ruchomymi schodami pojechałyśmy na górę. Chwilę później już siedziałyśmy w kawiarni przy kawie i ciastku czekoladowym. Popijając gorący napój słuchałam jak Perrie opowiada o swojej trasie, z której niedawno wróciła. Wow! Być w trasie koncertowej, widzieć te wszystkie wspaniałe miejsca, być tam dla ludzi, bez których nie byłoby się tam gdzie się jest, jak oni wykrzykują twoje imię i tylko twoje, te emocje, ekscytacja... Wow!
"Marzenia mogą się spełnić. Wystarczy tylko dobry sposób"
"Ale ja chcę, aby to ludzie mnie odkryli, bo podoba im się moja muzyka, a nie bo mam sławnych przyjaciół"
Rozmawiałyśmy na wszystkie tematy, jednak ja fachowo omijałam sercowe dylematy. Jakoś nie czuję się na siłach, aby powiedzieć im o moim... hmmm... Jakby to nazwać... Problemie.
"Problemie?"
Danielle spojrzała na wyświetlacz swojego telefonu.
- O kurczę! Już piętnasta? Ale ten czas leci! Chodźcie - oznajmiła wstając. Parrie jej zawtórowała i tylko ja nadal siedziałam i patrzyłam na nie jak na idiotki.
- Co tak siedzisz? Choć! Paul chce z tobą porozmawiać - oznajmiła Pezz, a ja rozdziawiłam usta. A po cholerę?!
- Po co? - zapytałam powoli podnosząc się z krzesła.
- Bo mieszkasz z chłopakami. Chce z tobą omówić kilka spraw - oznajmiła Danielle.
- Wiesz, taka pogadanka co możesz, a czego nie możesz - wyjaśniła Perrie i wyciągnęła telefon. - Pojedziemy taksówką. To trochę daleko - przyłożyła aparat do ucha.
- To ja pójdę do łazienki. Spotkajmy się przy wyjściu, okej?
- Jasne - Dan posłała mi uroczy uśmiech i już mnie nie było. Pobiegłam do toalety, bo od piętnastu minut musiałam do łazienki, a nie chciałam przerywać Perrie. Zrobiłam siusiu, umyłam ręce i skierowałam się do sklepu. Szybko kupiłam te nad kolanówki i wyszłam z budynku. Dziewczyny czekały na mnie na jednej z ławek. Danielle szczerzyła się do telefonu, a Perrie przeglądała swoje torby. Usiadłam obok blondynki głośno wzdychając.
- Nie martw się. On nie gryzie - zaśmiała się Pezz.
- Nie posądzam go przecież o kanibalizm - odparłam, na co wybuchły śmiechem. Po kilku minutach podjechała nasza taksówka.

 

 
Natarczywy dźwięk dzwonka do drzwi nie dawał mi spać. Jęknęłam żałośnie i przycisnęłam sobie poduszkę do głowy, aby to zagłuszyć. Jednak to nic nie dało. Ten ktoś najwyraźniej nie zamierzał dać mi spokoju. Warknęłam i podniosłam się z łóżka. Wolnym krokiem zbliżałam się do drzwi frontowych. Nie zważałam na to, że jestem w samych majtkach i pogniecionej koszulce. Niech ten ktoś wie, że mnie obudził. Mój mózg potrzebuje regeneracji. Drapiąc się po głowie otworzyłam drzwi i wybałuszyłam oczy. Przede mną stała Perrie i Danielle. Obie zmierzyły mnie wzrokiem. Czułam się niezręcznie.
- Zayn uprzedzał, że lubisz pospać, ale sądziłam, że o 12 będziesz już na nogach - wyznała Perrie z uśmiechem.
- Ha! Ta... Bardzo lubię spać - na mojej twarzy pojawił się grymas. - Gdzie ja mam głowę. Wchodźcie - ruchem ręki pogoniłam je, aby weszły. - Co was tu sprowadza? - spytałam kierując się do kuchni.
- Chciałyśmy cię poznać - oznajmiła Dan
- I zabrać na zakupy - dodała Perrie, a na mojej twarzy pojawił się kolejny grymas. Zakupy to nie moja bajka.
- Chłopcy dużo nam o tobie opowiadali - Danielle miała taki szczery uśmiech... Zupełne przeciwieństwo Eleanor.
- Ciekawa jestem ile w tym było prawdy - prychnęłam otwierając lodówkę. Nie zauważyłam nic ciekawego, poza światłem, więc zdecydowałam się na jabłko, które zaczęłam łapczywie gryźć. Byłam głodna.
- Uważam, że wszystko - Perrie również miała szczery uśmiech.
- A czemu Eleanor nie ma? - spytałam z grzeczności, nie że mnie ona obchodzi.
"Obchodzi, jeśli ma związek z Louisem" nie okazywałam, że jej nie lubię ani, że słyszę dziwny głos w głowie. Uznałyby w wtedy, że jestem chora psychicznie.
- Nie lubisz jej - stwierdziła Danielle.
- A skąd to przypuszczenie? - udałam głupią przełykając kęs owocu.
- Bo tylko Louis nie widzi jaka jest naprawdę - odparła szatynka. Uniosłam jedną brew gryząc czerwony owoc.
- Jak powiedziałyśmy jej o zakupach to była wielce ucieszona... - zaczęła Pezz.
- Ale jak dodałyśmy, że same i dodatkowo zabieramy ciebie to stwierdziła, że ma już plany, o których zapomniała - zakończyła Dan.
- Myśli, że jest taką znakomitą aktorką, że nikt się nie zorientuje. Ha!
- Przy mnie udawała miłą - powiedziałam przypominając sobie, jak do mnie przyszła i zaoferowała pomoc...
- Liam mówił jak spoliczkowałaś Louisa, za to, że powiedział jej o twoich rodzinnych problemach - rzekła Dan, a ja zmarszczyłam brwi. One też wiedzą? - Nie martw się. My nie wypytywałyśmy. Chciałybyśmy abyś sama nam to powiedziała, kiedy uznasz, że już czas - uśmiechnęłam się delikatnie.
- To ja pójdę się przygotować i wracam. Czujcie się jak u siebie - uniosłam kciuki w górę, wyrzuciłam ogryzek do kosza i pobiegłam do swojego pokoju. Otworzyłam walizkę i zaczęłam szukać czegoś w co mogłabym się ubrać. Potem zgarnęłam kosmetyczkę i wparowałam do łazienki. Zrzuciłam z siebie ciuchy w weszłam do kabiny. Strumienie zimnej wody spływały po moim ciele. Przeszedł mnie dreszcz. Po chwili woda robiła się coraz cieplejsza, a ja zaczęłam wcierać w siebie mój ulubiony żel pod prysznic.
"Louis też go lubi" Powiedziałam w myślach. Delikatny uśmiech ozdobił moją twarz. Zaczynam powoli się przyzwyczajać do tej sytuacji... Do tych myśli... Do wszystkiego...
Zakręciłam kurek i wyszłam z kabiny. Wytarłam się puchatym zielonym ręcznikiem i założyłam bieliznę. Umyłam zęby i przez chwilę wpatrywałam się głupio we własne odbicie. Przez głowę przeleciała mi myśl, że to sen. Piękny sen przedstawiający życie, takie jakie bym chciała teraz wieść... Jeśli zaraz zawołają mnie rodzice to będę pewna, że to nie jest prawda. Czekam... 10 sekund... 30 sekund... Minuta... Nic. Szczypię się po ramieniu i nic. Tyko czerwony ślad po moich paznokciach... Albo to prawda albo bardzo rzeczywisty sen.
"Oh daruj sobie! Rusz dupsko, bo masz gości, a nie..." Głos sprowadził mnie na ziemię. Potrząsnęłam głową i zaczęłam się ubierać. Wciągając czarna rurki prosiłam, sama nie wiem kogo, aby były dobre. Dawno ich nie nosiłam i mogły już być za małe. Na szczęście pasowały. Zakładając szarą bluzę z białym nadrukiem "Make Love" wyszłam z łazienki. Z torby Shaina wyciągnęłam pierwsze lepsze buty. Założyłam na nogi stare i lekko już starte vansy. Rozejrzałam się po pokoju drapiąc się po głowie. Z otwartej walizki wystawała szara wełniana czapka. Uśmiechnęłam się i zgarnęłam ją. Zabrałam jeszcze telefon z szafki, portfel i wyszłam z pokoju. Zbiegając po schodach włożyłam czapkę na głowę.
- Przepraszam, że tyle czekałyście - powiedziałam, gdy weszłam do kuchni. Dziewczyny siedziały przy wysepce i o czymś rozmawiały.
- Spoko. Nie przejmuj się - oznajmiła z uśmiechem Perrie. Teraz pytanie czy kiedyś przestała to robić...
- Kiedyś jak czekałyśmy na Eleanor to pięć razy przychodziła, aby spytać czy dobry wybrała zestaw. W końcu i tak wybrała pierwszy - zachichotała Danielle na to wspomnienie.
- Louis za bardzo ją rozpieszcza - stwierdziła Perrie.
- On? Ona taka była zanim się poznali - wycedziła Dan. Czułam się jakby mnie w ogóle nie zauważyły.
- Co nic nie mówisz? - zapytała Pezz, jakby czytała mi w myślach.
- A tak jakoś... Idziemy? - spytałam.
- Tak - odpowiedziały chórem. Gdy już miałyśmy wychodzić o czymś sobie przypomniałam.
- Cholera! - warknęłam. - Chłopaki mi jeszcze kluczy nie dali - pomoże? Zostanę w domu?
- Liam mi dał swoje - powiedziała Dan. No szlag! A tak mało brakowało...
"Przypadek? Nie sądzę. Twoim przeznaczeniem jest iść na zakupy!" zmrużyłam oczy i wydęłam usta. Nie będzie się ze mnie nabijało moje własne sumienie!
"Spadłam poniżej swojego poziomu rozmawiając z tobą" warknęłam w myślach.
- Co? Myślałaś, że się wykręcisz? Ha! Nic z tego! - oznajmiła Perrie.
- Dobra - mruknęłam, a Dan zakluczyła dom. Już mój dom. Jak to pięknie brzmi! Od czasu, gdy mój tata umarł tamtego nie mogłam tak nazwać. Nie umiałam. Czułam się w nim obco. Tylko Shain i Jack mi jakoś pomagali. Dzięki nim dało się tam mieszkać.
- To w drogę! - powiedziała Danielle i ruszyłyśmy w stronę najbliższego centrum handlowego.
Dowiedziałam się wielu rzeczy o chłopakach, o nich samych, a także o Eleanor. Mam kolejne powody, aby ją nie lubić. A to ja jestem ta wredna. Pffff...
- Teraz jeszcze bardziej zaczęła kontrolować Lou - oznajmiła Dan.
- Może wyczuła zagrożenie - zaśmiała się Pezz, a ja głośno przełknęłam ślinę.
- Rob, co jest? - spytała Danielle.
- Nie, wszystko w porządku, tylko nie mogę zrozumieć tej kobiety. Skoro są razem to powinna mu ufać - starałam się wybrnąć z sytuacji.
"Ty też zaufałaś i co z tego wyszło? A Louis też nie jest święty... Zamiast obściskiwać się ZE SWOJĄ DZIEWCZYNĄ to siedział Z TOBĄ. Takie przypomnienie" sumienie miało rację. Ma ją coraz częściej..."Mam ją zawsze, ale ty jakoś tego nie zauważasz".
- Mów dalej co z tym zagrożeniem - rzekłam. Chciałam się dowiedzieć co one o tym sądzą bądź co wiedzą.
- Ty powinnaś to wiedzieć najlepiej - oznajmiła Perrie.
- Ja? - udawałam głupią.
- No tak. El opowiadała o swoich przeżyciach z waszego pierwszego spotkania - zaczęła Dan. - Że wydajesz się podejrzana, że oni cię nie znają, że możesz być niebezpieczna. Głównie martwiła się, że zechcesz ukraść jej Louisa - ciekawa myśl. Chciałabym zobaczyć jej minę, gdyby te przypuszczenia okazały się prawdą.
"Tylko na to czekam"
"Uwierz, że ja też"
- Hmmm... - udawałam zamyślenie. - A jak by zareagowała, jakbym to rzeczywiście zrobiła? - zapytałam. Obie zatrzymały się gwałtowanie i utkwiły wzrok na mojej twarzy. Zaskoczenie, niedowierzanie, duma, zaintrygowanie... To wszystko wyczytałam w ich spojrzeniu. Tyle emocji wywołych jednym pytaniem. Pięknie.
- Czy ty coś sugerujesz? - spytała ciągle niedowierzająca Danielle.
- Nie, ale lubię denerwować ludzi, a Eleanor jest moim celem - wyszczerzyłam się, a one się rozluźniły. Łyknęły to? Serio? Albo może tylko udają?
- Nieźle by się wkurzyła. Zrobiłaby wszystko aby Lou do niej wrócił, a ty za to zapłaciła. Kiedyś Lou chciał z nią zerwać, bo go zdradziła - wybałuszyłam oczy. Z tej całej rozmowy nawet nie zauważyłam, że stoimy przed centrum handlowym. Teraz nie pora na zakupy. - Była wtedy pijana, więc miała jako takie usprawiedliwienie.
"Widzisz? A Spencer był naćpany. Na jedno wychodzi. Lou jej wybaczył"
"Będziesz mnie namawiać do powrotu do Spencera?!" wkurzyłam się. Moje własne sumienie przeciwko mnie.
"Oj nie udawaj ofiary. Przecież sama rozmyślałaś nad powrotem. Już nawet miałaś wybrany jego numer. Ale Jack przyszedł. Gdyby nie on pewnie teraz obściskiwałabyś się z nim." Kurde... Zapomniałam o tym...
- Błagała go, aby jej wybaczył. Ona chciała się zabić - to co mówiła Dan wstrząsnęło mną. Ona może się zabić jak Louis ją zostawi, a jakby to zrobił dla mnie to miałabym jej śmierć na sumieniu... W takich chwilach chyba najlepiej być znieczulicą. - On poszedł do niej po swoje rzeczy, wszedł do łazienki i zobaczył jak się tnie. Wybaczył jej. Jakimś miesiąc później poszła z nami na imprezę - zauważyłam, że w oczach Dan jest wściekłość. Czyżbym zaraz dowiedziała się czegoś interesującego? - Opiła się i powiedziała nam prosto w oczy, że warto było się pociąć, aby Louis do niej wrócił. Przynajmniej teraz ma na niego haka - moja szczęka automatycznie opadła. Moje serce zaczęło bić szybciej. Czuję, że zaraz wybuchnę. Za trzy... Dwa... Jeden...
- TO TA PIZDA CIĘŁA SIĘ, ABY MIEĆ HAKA NA LOUISA?! TO BYŁ TYLKO CHWYT?! JA SIĘ KURWA CIĘŁAM, BO CHCIAŁAM CHOĆ NA CHWILĘ ZAPOMNIEĆ, A ONA?! - wszyscy wokół patrzyli na mnie jak na wariatkę, ale ja to ignorowałam. Wybuchłam. Lepiej mi. Łzy spłynęły mi po policzku, ale szybko je wytarłam rękawem bluzy. Natychmiast zostałam zamknięta w stalowym uścisku moich nowych koleżanek. Nie sądziłam, że takie drobne dziewczyny mogę mieć tyle siły.
"A ty? Też drobna, a powaliłaś własnego trenera, który, bądźmy szczerzy, do tych chudych nie należy"
- Spokojnie Rob. Ona jest, jakby to łagodnie powiedzieć... - zaczęła Dan.
- Suką? - zagadnęła Pezz.
- Powiedziałam łagodnie - oburzyła się szatynka.
- To było aż za łagodne - na mojej twarzy pojawił się uśmiech.
- Przepraszam, że tak wybuchłam. Ja tak czasami mam. Pewnie przysporzyłam wam kłopotów - mówiłam szczerze.
- Spokojnie - machnęła ręką Danielle.
- Bardziej martwiłabym się o ciebie. Przecież publicznie obraziłaś Eleanor. ES mogą cię znienawidzić - odparła Pezz, co wcale mnie nie pocieszyło. - To idziemy na te zakupy, czy będziemy tu stać? - zapytała i ruszyłyśmy w stronę wejścia. Weszłam do budynku i aż zmrużyłam oczy. Jak ja dawno nie byłam w centrum handlowym, a tym bardziej w tym. Mnóstwo sklepów. W witrynach stały manekiny ubrane w najmodniejsze ubrania tego sezonu, na które na pewno mnie nie stać. Wielki tłum, składający się głównie z kobiet. Były zafascynowane nowymi kolekcjami, czasami zniesmaczone, bo buty były za małe lub za duże i akurat nie było ich rozmiaru, bo już nie mogły nic kupić, bo za drogie... Zauważyłam chłopaka, który trzymając swoją dziewczynę za rękę nie był zadowolony, że tu jest. Doskonale wiedziałam co czuł. Z drugiej strony nadchodził dorosły i tęgi mężczyzna w czarnym dopasowanym garniturze. Widać, że bogaty człowiek interesu. Szedł pod rękę z młodą dziewczyną. Na oko młodszą o jakieś dwadzieścia lat. Zachwycona wskazała długim wypielęgnowanym paznokciem na jedną z witryn i coś powiedziała do... hmmm... znajomego. On tylko kiwnął głową i od razu weszli do sklepu. Wyobraziłam sobie Lou i Eleanor. Właśnie w takiej sytuacji. Aż krew się we mnie zagotowała. On jej kupuje drogie ciuchy, aby tylko znów się nie pocięła. Już słyszę te kłótnie:
"- Ty ciągle myślisz o sobie! - krzyczy Lou.
- Ja? To ty jesteś egoistycznym sknerom! Nie pytasz czy mi coś odpowiada, zawsze tylko ty - odkrzykuje El.
- Ty ciągle chcesz na zakupy i kto za to płaci? JA! Ale i tak ja jestem tym złym - burczy szatyn. - Koniec z nami! - wrzeszczy. Eleanor zaczyna płakać i biegnie do łazienki. Lou wie, po co i idzie za nią. Ona już przykładała stal do nadgarstka. Louis szybko go wyrywa i przytula dziewczynę. - Przepraszam. Nie rób tego więcej. Przecież wiesz, że cię kocham"
Ugh... Aż mi się rzygać chce. Idę posłusznie za dziewczynami w stronę najbliższego sklepu. Podchodzę do pierwszego lepszego regału i przeglądam bluzki. Wybieram jedną. Biała koszula bez rękawów z ćwiekami na kołnierzu. Patrzę cenę i nagle przestaje być taka ładna.
- Wow! Boska jest. Kupujesz? - pyta Perrie.
- Nie. Za drogie. Jakbym nawet ją kupiła już nic innego bym nie mogła - burknęłam i chciałam odwiesić koszulę, ale Pezz mi przeszkodziła.
- To ja zapłacę - oznajmiła z uśmiechem.
- Ocipiałaś? - warknęłam. - To i tak nie mój styl.
- Kobieto! Tobie niedaleko do tomboya! Jakbym pogrzebała w twojej szafie na pewno bym tylko to potwierdziła - odparła ze spokojem.
- Ale może mi się podoba taki styl? Może ja mentalnie czuję się facetem? - pytałam ironicznie, a grupka dziewczyn przechodzące obok nas patrzyły z zachwytem na naszą dwójkę. No tak... Sama Perrie Edwards uczy jak się ubrać. Chciały podejść, ale jak Perrie spojrzała na nie gniewnie zrezygnowały.
- No proszę cię... Przynajmniej raz ubierz się jak prawdziwa kobieta - moja cierpliwość się kończy. Już miałam ją obrazić, ale w porę zjawiła się Danielle.
- Hej, dziewczyny. Nie kłóćcie się. Perrie, sama przyznaj, że tu jest za drogo. Może ciebie stać, ale Rob nie czuję się komfortowo wiedząc, że chcemy za nią płacić - zaraz... Chcemy? - Znalazłam sklepy, w którym mają wyprzedaż. Pięćdziesiąt procent zniżki - w tej chwili byłam jej wdzięczna. Nie dziwię się, że Liam ją kocha. Jest cudowna.
- Przepraszam Rob - odparła Perrie. - Ja już tak mam - spuściła głowę i odwiesiła powód naszej kłótni.
- Nie martw się. Nie jestem zła - przytuliłam blondynkę i całą trójką ruszyłyśmy w stronę owego sklepu. Mnóstwo ludzi. Szłyśmy luźnym krokiem. Nikt się nie przepychał, nikt sobie nie wyrywał żadnej bluzki czy spodni. Czyli, że wyprzedaże wcale nie wyglądają jak walka o życie.
"Oglądanie tych amerykańskich seriali nie wyszło ci na dobre" Wrrrr...
Zaczęłam oglądać wszystko po kolei.
- Znalazłaś coś ciekawego? - zapytała Danielle.
- Nie - mruknęłam. - Nie widzę nic, w czym mogłabym się dobrze czuć.
- Rob! - krzyknęła Perrie zwracając na siebie uwagę. - Weź i idź przymierz. Wydaje mi się, że to twój rozmiar - oznajmiła z uśmiechem wciskając mi ubrania. - Przymierzalnia jest tam - wskazała na drugi koniec sklepu. Westchnęłam ciężko i ruszyłam w tamtą stronę. Akurat się jedna zwolniła i nikogo nie było w kolejce. Mam szczęście kiedy nie potrzeba. Pomieszczenie było dość spore. Wielkie lustro naprzeciwko odbijało całą mnie. Zasunęłam gruby bordowy materiał i stałam. Stałam i patrzyłam w swoje odbicie. Wyglądałam... żałośnie? Trochę. Odłożyłam ubrania na ławeczkę obok mnie. Były to trzy pary spodni im jakieś trzy bluzki. W jaki sposób Perrie tak szybko je wynalazła to ja nie wiem... Mistrzyni zakupów... To jest pewne.
Zdjęłam swoje spadnie i przymierzyłam pierwsze lepsze. Białe rurki. Zawsze wolałam ciemniejsze barwy. Ściągnęłam bluzę, a na jej miejscu pojawiła się szara koszulka z kwiecistą koronką na plechach i dekolcie. Pokręciłam głową. Raz w prawo, raz w lewo.
- Rob, przebrałaś się już? Pokaż się! - rzekła Perrie. Czym ja sobie na to zasłużyłam? Wyszłam z przebieralni.
- Wyglądasz bosko! To na pewno kupujemy - oznajmiła Perrie, która aż kipiała od entuzjazmu.
- A ja nie mam nic do gadania? - zapytałam oburzona.
- Nie bardzo.
- Pezz - upomniała ją Dan. - Miałyśmy nie zmieniać jej stylu na chama.
- Kobieto, która właśnie powiedziała, że chcecie zmienić mi styl, że co?! - wrzasnęłam.
- Perrie chce zrobić z ciebie "kobietę" - pokazała cudzysłów w powietrzu. - Ja uważam, że całkiem nieźle się ubierasz, choć nie zaszkodziłoby ci kilka nowych ubrań w szafie.
- Zastanowię się - burknęłam i wróciłam za kotarę. Przebrałam się. Jeansowa koszula bez rękawów wciągnięta w najzwyklejsze granatowe rurki. Zerknęłam w lustro.
"Całkiem nieźle" pomyślałam.
"Louis padnie na kolana"
"Japa! Nie o to chodzi!"
"Kogo chcesz oszukać?"
Znów pokazałam się dziewczynom.
- Ślicznie - rzuciła Danielle. Pezz jej przytaknęła. Został tylko jeden zestaw. Wciągnęłam na tyłek jasne rurki, które jakby się przyjrzeć podchodzą pod bardzo, ale to bardzo jasny fiolet. Zapinając ostatni guzik jasnej plamiastej koszuli podobnej kolorystycznie do spodni wyszłam.
- I? - spytałam.
- No nie możesz się tak ubierać cały czas? - jęknęła Perrie.
- Do teściowej oczywiście - uśmiechnęłam się. Nagle przypomniałam sobie pierwsze spotkanie z mamą Spencera. Bałam się co ona o mnie pomyśli. Ubrałam się jak na apel do szkoły, a pani Jess powiedziała, że jakbym przyszła w dresie to by było jeszcze lepiej. Myślałam, że zamorduję Spenca. To on kazał mi się ubrać ładnie!
"Na wspomnienia ci się wzięło?" ten sarkastyczny ton działa mi na nerwy.



- To kup. Będziesz miała pod ręką - uśmiechnęła się blondynka.
- To w końcu co bierzesz? - zapytała Dan.
- Pomyślę - puściłam im oczko i wróciłam się przebrać, mam nadzieję, że ostatni raz. Założyłam swoje dzisiejsze ciuchy. Obliczyłam wszystko i to za dużo. Nie wydam tyle. Mogę kupić jedynie jeden zestaw. I buty co najwyżej. Złożyłam ubrania i wyszłam z przebieralni.
- I co bierzesz? - zapytała Pezz.
- Tylko ten z jeansową koszulą - odparłam.
- Serio?
- Nie stać mnie na wszystkie, a bym z chęcią kupiła - oznajmiłam.
- To my ci kupimy.
- Nie! Nie lubię być coś winna ludziom - rzekłam oddając dwa pozostałe zestawy Perrie. - Odnieś je. Ja idę do kasy - jak powiedziałam, tak zrobiłam. Przy kasie zerknęłam jeszcze przez ramię co robią dziewczyny. Szeptały coś. Chciałabym mieć moc czytania w myślach. Zapłaciłam i wyszłam ze sklepu. Usiadłam ławce przy fontannie i czekałam na dziewczyny. Nagle mój telefon zadzwonił. Zerknęłam na ekran. "Spencer". Hmmm... To dziwne, ale prawie zawsze, gdy o nim myślę to on dzwoni.
"To było urocze" nacisnęłam zieloną słuchawkę i przyłożyłam aparat do ucha.
- Tak?
- Hej - odparł nieśmiało. Jakby nie on. - Chciałem tylko powiedzieć, że ładnie ci w tej jasnej koszuli. Mam nadzieję, że ją kupiłaś - co?!
- Czekaj, czy ty mnie... No kurwa! Szpiegujesz mnie? - oburzyłam się.
- Nie. Chciałem kupić prezent dla mamy i zauważyłem cię. Miałem podejść i ci powiedzieć to w twarz, ale nie chciałem, abyś się zdenerwowała jeszcze bardziej - miał smutny głos. On tęskni? On żałuje? On ma uczucia... Jak każdy człowiek...
"Pękasz!"
- Tylko po to dzwonisz? - zapytałam. Chciałam jak najszybciej zakończyć tą rozmowę. Jeszcze chwila i przegram. Przegram z samą sobą. Nie chcę znów do tego wracać. Kto raz zdradził może zrobić to znowu.
- Chciałem się z tobą spotkać. Pogadać... - zaczął, ale przerwałam mu.
- I prosić o wybaczenie? Sorry, ale to niemożliwe - rozłącz się... ROZŁĄCZ SIĘ IDIOTKO!
- Wiem, że straciłaś do mnie zaufanie, ale...
- Nie ma żadnego "ale" Spencer. Kochałam cię, a ty? - zobaczyłam Pezz i Dan, które wyszły ze sklepu. Danielle również rozmawiała przez telefon. Szły w moją stronę.
- Nadal kocham. Nigdy nie przestałem. Nie znasz prawdy! - krzyknął, a ja coraz bardziej się gubiłam.
- Jak to? Coś jeszcze masz do ukrycia? Powiedz mi, że z nią spałeś to dowalisz po całości - Pezz uniosła brew w górę. Pięknie! Jeszcze im będę musiała wszystko tłumaczyć. - Nie mam teraz czasu na dyskusje z tobą.
- To się spotkajmy! Proszę cię Rob - błagał.
- Powiedz teraz - powiedziałam po krótkiej chwili ciszy. Chcę już mieć to z głowy.
- Barman jest moim kumplem. Nagrał to małe zajście. Ona dała mi bucha, a potem zaczęła się do mnie dobierać. Ja chciałem tylko bucha - oznajmił.
- Aha. Spoko. Cześć - tylko do tego byłam zdolna. Rozłączyłam się i schowałam telefon do kieszeni. - Co kupiłyście? - zapytałam wskazując na torby.
- Prezent dla kuzynki. Ma urodziny i kupiłam jej bluzkę jaką chciała - oznajmiła z uśmiechem Pezz.
- A ja nowe spodnie - rzekła Dan. - Idziemy dalej? Może teraz buty? - zaproponowała. Przytaknęłyśmy i ruszyłyśmy dalej.
- Ale teraz pozwolicie mi wybrać samej, co? - zagadnęłam.
- Tak - przeciągnęła Perrie. Ha! Nie ma tak dobrze. - Twój były dzwonił? - żesz...
- Taaaa... - mruknęłam.
- Nie zasługiwał na ciebie. Dobrze, że go zostawiłaś. Takich to trzeba wytępić - mówiła oglądając swój wypielęgnowany długi paznokieć.
- Kastrować - odparłam zapominając o moich wcześniejszych wahaniach. Weszłyśmy do sklepu obuwniczego. Półki były pełne markowych butów. Czego tu nie było. Mój wzrok przykuły najzwyklejsze trampki. Jeśli w ogóle można nazwać je tak pospolitym mianem... Troiło mi się w oczach... Czułam się jak na jakimś haju... Tyle kolorów, które otaczają mnie z każdej strony... Deja vu?
"Twój pierwszy buch... Pamiętasz?"
"Oooo tak! Uczucie spokoju i wytchnienia... Tego opisać się nie da... To trzeba poczuć" Zaczęłam rozmyślać nad tym błogim uczuciem po jednym joincie... Kurde... Mogłam zdecydować się na marihuanę... No nie pomyślałam nooo...
"Teraz już na to za późno"
- Wybrałaś coś? - Perrie sprowadziła mnie z powrotem na ziemię.
- Nie... Za dużo tego wszystkiego - jęknęłam. Zauważyłam, że ma w ręku pudełko. - Co tam masz? - wskazałam na karton.
- Patrz! Cudne są! - zdjęła wieczko i moim oczom ukazały się różowe botki na masywnym obcasie.
- Ładne - oznajmiłam. Ja bym się w czymś takim zabiła. Założenie tego równa się z samobójstwem.
- Ładne? Prześliczne! - pisnęła, przez co znów zwróciła na siebie uwagę.
- Uspokój się, bo uznam, że zdradzasz Zayna z butami - zaśmiałam się. Spojrzałam na półkę i spostrzegłam zwykłe szare vansy. Wzięłam je do ręki. Mój numer! Ha! Ja to mam szczęście!
"Chciałaś powiedzieć: Głupi ma zawsze szczęście" pogarda tego głosu była nie do zniesienia! Jestem tak samo wkurwiająca jak moje sumienie? "Tak"
"A żeby cię szlag!"
- Bierzemy? - zapytała Danielle. Hm... W porównaniu do Perrie ona jest cicha.
- Drogie - jęknęłam widząc cenę. - Czemu tu wszystko jest drogie? Nie wszyscy są bogaci!
- Złożymy się - oznajmiła Pezz.
- Nie. Na to się nie zgodzę! - popatrzyłam na buty. - Kupię je, ale przez następne pół roku nic nie kupię - przybrałam poważny wyraz twarzy. - Chyba, że będzie mi coś bardzo, ale to bardzo potrzebne - pogroziłam im palcem.
- Dobra - przytaknęła zrezygnowana Edwards, a Dan pokiwała z uznaniem głową. Wzięłam odpowiednie pudełko i poszłam do kasy. zapłaciłam i mogłam wreszcie wyjść z tego tęczowego królestwa. Hmmm... A może powinnam troszeczkę zmienić styl? Na bardziej dziewczęcy?
"Louis może zwróci na ciebie uwagę, a nie na Eleanor"
"Japa! Irytujesz mnie"
Obok nas przeszła jakaś para. Mój wzrok przykuła dziewczyna. Mały rudzielec obcięty typowo jak tomboy, ale bardziej interesował mnie jej ubiór. Męski szary sweter, czarne nad kolanówki i skaty na koturnie. Miała jeszcze krótkie spodenki, których na samym początku nie zauważyłam. Automatycznie wyobraziłam sobie jakbym ja w takim zestawie wyglądała...
"Całkiem nieźle. Kup tylko te nad kolanówki. Te nowe vansy mogą być w ostateczności" Czy sumienie właśnie mnie pochwaliło? "To nie pochwała tylko namowa" Jak zwał tak zwał.
- Idziemy coś zjeść? -zapytała Dan.
- Czytasz mi w myślach - odparłam biorąc szatynkę pod ramię.
- Nie ja. Liam wysłał mi dziś rano, jak to on powiedział, instrukcję obsługi - uśmiechnęła się jakby zadowolona, że wkopała własnego chłopaka.
- Że instrukcja czego, przepraszam bardzo? - spytałam oburzona. - Na serio utopię go w tej wannie - powiedziałam, a dziewczyny zaczęły się śmiać. - Ale ja mówię serio. Nie żartuję. Ze śmierci NIGDY nie żartuję - powaga w moim głosie sprawiła, że zamilkły. - Chodźmy, głodna jestem - uśmiechnęłam się i pociągnęłam je w stronę... No właśnie. Nie mam pojęcia gdzie co jest. - Yyyy.. W którą stronę? - zapytałam, a one znów się zaśmiały. - Tak... Najlepiej to się śmiać.
- Przepraszamy. A na co masz ochotę? - zapytała Pezz.
- Hmm... - zamyśliłam się. - Na coś bardzo słodkiego i bardzo czekoladowego - odparłam i automatycznie oblizałam wargi na samą myśl o jakiś ciastku...
- Starbucks? - zaproponowała Dan.
- Tak. Chodźmy do królestwa Królowej Śniegu! - powiedziałam z entuzjazmem.
- Eleanor Królowa Śniegu rządząca królestwem Starbucks... To nawet brzmi dostojnie - zaśmiała się Pezz. Szłyśmy w kierunku kawiarni i nagle zauważyłam w witrynie jednego ze sklepów szukanych przeze mnie nad kolanówek. Bingo! Odrobię te straty w którąś sobotę. Starbucks znajdował się na piętrze. Zapamiętałam nazwę sklepu i ruchomymi schodami pojechałyśmy na górę. Chwilę później już siedziałyśmy w kawiarni przy kawie i ciastku czekoladowym. Popijając gorący napój słuchałam jak Perrie opowiada o swojej trasie, z której niedawno wróciła. Wow! Być w trasie koncertowej, widzieć te wszystkie wspaniałe miejsca, być tam dla ludzi, bez których nie byłoby się tam gdzie się jest, jak oni wykrzykują twoje imię i tylko twoje, te emocje, ekscytacja... Wow!
"Marzenia mogą się spełnić. Wystarczy tylko dobry sposób"
"Ale ja chcę, aby to ludzie mnie odkryli, bo podoba im się moja muzyka, a nie bo mam sławnych przyjaciół"
Rozmawiałyśmy na wszystkie tematy, jednak ja fachowo omijałam sercowe dylematy. Jakoś nie czuję się na siłach, aby powiedzieć im o moim... hmmm... Jakby to nazwać... Problemie.
"Problemie?"
Danielle spojrzała na wyświetlacz swojego telefonu.
- O kurczę! Już piętnasta? Ale ten czas leci! Chodźcie - oznajmiła wstając. Parrie jej zawtórowała i tylko ja nadal siedziałam i patrzyłam na nie jak na idiotki.
- Co tak siedzisz? Choć! Paul chce z tobą porozmawiać - oznajmiła Pezz, a ja rozdziawiłam usta. A po cholerę?!
- Po co? - zapytałam powoli podnosząc się z krzesła.
- Bo mieszkasz z chłopakami. Chce z tobą omówić kilka spraw - oznajmiła Danielle.
- Wiesz, taka pogadanka co możesz, a czego nie możesz - wyjaśniła Perrie i wyciągnęła telefon. - Pojedziemy taksówką. To trochę daleko - przyłożyła aparat do ucha.
- To ja pójdę do łazienki. Spotkajmy się przy wyjściu, okej?
- Jasne - Dan posłała mi uroczy uśmiech i już mnie nie było. Pobiegłam do toalety, bo od piętnastu minut musiałam do łazienki, a nie chciałam przerywać Perrie. Zrobiłam siusiu, umyłam ręce i skierowałam się do sklepu. Szybko kupiłam te nad kolanówki i wyszłam z budynku. Dziewczyny czekały na mnie na jednej z ławek. Danielle szczerzyła się do telefonu, a Perrie przeglądała swoje torby. Usiadłam obok blondynki głośno wzdychając.
- Nie martw się. On nie gryzie - zaśmiała się Pezz.
- Nie posądzam go przecież o kanibalizm - odparłam, na co wybuchły śmiechem. Po kilku minutach podjechała nasza taksówka.

 

 
Chciałabym was bardzo przeprosić, że rozdziału tak długo nie ma, ale nie za bardzo miałam czas i wenę. Pewnie przez to straciłam czytelników, ale co tam...
Przepraszam was też za to, że bardzo opuściłam się w czytaniu waszych opowiadań, ale mam swój system czytania i stanęłam w miejscu. Ale w najbliższym czasie postaram się już ogarnąć i wziąć do roboty
Ja was żegnam. Życzę wam kolorowych erotycznych

Teraz ważne pytanie:
KTO CZYTA MOJE OPOWIADANIE??
  • awatar Gość: Ja cały czas czekam i wierzę w ciebie ze w końcu dodasz.. PS. Czytam..xx
  • awatar Kłamczucha.: Nic się nie stało<3 Ja czasami czytam P. S. U mnie nowy wpis
Dodaj komentarz ›/ Pokaż wszystkie (2) ›
 

 
https://vine.co/v/MHKtrEpYBHw

Zamiast wstawiać takie coś to bym może zajęła się rozdziałem!! A nie się opierdalam!!